Skrawek historii islamu, w interesujący sposób obrazujący jego narodziny oraz dalszą ewolucję. Historii, w wyniku której powstał tuzin (jeśli nie więcej) odłamów tej religii, w odmienny sposób pojmujących Mahometa, Koran i istotę wiary. Jedną z powstałych w XI wieku sekt była grupa nizarytów, która w średniowiecznej Europie nazywana była mianem "asasyni" (z arab. hasziszijjun - "ci, co palą haszysz"). To pogardliwe miano przywarło do sekty, gdyż posądzano ją o herezję oraz skrytobójcze mordy na jej przeciwnikach.
Książka opisuje dzieje asasynów od ich narodzin po dzień współczesny. Choć akcja toczy się głównie w Arabii i Persji, ocierając się tylko o Egipt, jest to pożyteczna lektura, pomagająca zrozumieć świat islamu.
Podtytuł: "Dziennik wyprawy do Afryki Środkowej" zdradza, że jest to specyficzny rodzaj literatury. Data wydania - 1958, oraz nakład - osiem tysięcy egzemplarzy, świadczy o rzadkości dzieła. Jest to bowiem dziennik wyprawy, zrealizowanej w latach 1907-1909, mającej na celu spenetrowanie części obecnej Demokratycznej Republiki Kongo, na zachód od Jeziora Alberta, stanowiącej miedzyrzecze systemów dopływowych Nilu i Konga.
Wyprawa jest przykładem "ekspedycyii", jakie były organizowane w tamtych latach, przeprowadzanych w celu penetracji kontynentu. Ciekawa jest już sama techniczna organizacja przedsięwzięcia, ze stacjami aprowizacyjnymi, handlem wymiennym i gromadą tragarzy. Oprócz tego, autor szczegółowo opisuje plemiona (wyprawa ma charakter antropologiczny) oraz system wyzysku kolonialnego.
Koniec lat 60-tych, Trypolis. Walter Weiss, pracownik naukowy uniwersytetu wiedeńskiego wsiada w samochód i samotnie jedzie na południe, w kierunku Czadu. Celem podróży są góry Tibesti, obszar Sahary bardzo oszczędnie traktowany przez literaturę. Książka jest bardzo skromną kroniką wyprawy, zaledwie zeszytem (92 strony tekstu), z którego niewiele się dowiemy. Właściwie jest to tylko pobieżny zapis, niczym z okna autobusu, bez wnikania w istotę rzeczy, bez "dotykania" mieszkających tam ludzi.
Trochę leciwa książka z początku lat 60-tych, gdy w Zairze rządził pierwszy prezydent niepodległego państwa, Joseph Kasavubu a w Ruandzie i Burundi było tylko kilka kilometrów asfaltu. Do Léopoldville (obecnie Kinszasa), przyjeżdża reporter z Polski Ludowej, by przekazać czytelnikowi obraz życia na Czarnym Lądzie. Jest więc powierzchowny opis miasta, krytyczny wizerunek imperialistów, którzy mimo świeżej niepodległości trzymają kraj w garści oraz mało odkrywcza relacja z kilku polowań na krokodyle. Całość sprawia wrażenie, jakby była pisana do nastolatka, który dopiero co uświadomił sobie fakt istnienia kontynentu afrykańskiego i chciałby dowiedzieć się o nim troszkę więcej. Te troszkę można w tej książce znaleźć, ale niewiele więcej.
Fikcja literacka, połączona z prawdą historyczną o ówczesnym prezydencie Ugandy, Idi Aminie. Postać Idiego jest tak barwna (a są to często kolory ognia i krwi), że łatwiej jest uwierzyć w zmyśloną część powieści, niż w to, co w istocie wydarzyło się naprawdę. Jego poczynania tak daleko wymykają się konwenansom, że nawet zapis w encyklopedii nie byłby przekonywujący.
Główny bohater - lekarz ze Szkocji - rozpoczyna praktykę w Ugandzie, by w wyniku zbiegu okoliczności poznać prezydenta i zostać jego osobistym lekarzem. Od tego momentu zostaje on uwikłany w sidła władzy Idi Amina, z których nie może się wyzwolić do ostatniej chwili, gdy Kampalę zajmują wojska Tanzanii.
Książek o charyzmatycznym prezydencie Ugandy, posądzanym o ludobójstwo i kanibalizm napisano już wiele. Ta jest jedną z lepszych. A skąd ten tytuł? Ano Amin, darząc Szkotów szczególną sympatią, mianował się ich królem.