Henry Morton Stanley był jednym z najsłynniejszych eksploratorów Afryki. Tom pierwszy tego dzieła obejmuje lata 1879–1883 i opisuje początki przedsięwzięcia, polegającego na otwarciu Konga dla handlu i „cywilizacji” w imieniu króla Belgów, Leopolda. Autor zaczyna od genezy wyprawy i drobiazgowych przygotowań: przytacza instrukcje, korespondencję oraz szczegółowe listy aprowizacji. Stanley mierzy odległości, rozpoznaje przeszkody, planuje transport i wskazuje możliwości rozwoju handlu. To bardziej raport, sprawozdanie niż klasyczna książka podróżnicza. Relacja prowadzi od wybrzeża, poprzez historyczną stację Vivi (naprzeciw dzisiejszego Matadi), przez założenie Leopoldville (obecnie Kinszasa), aż poza rozlewisko Pool Malebo. Pierwszy tom zamyka opis wyprawy do jeziora Mai-Ndombe.
W dalszej części książki coraz wyraźniej zza wzniosłej retoryki (przytoczę tu słowa autora: „We are here charged to perform a task which I believe is a sacred one”) wyłania się wizja komercjalizacji regionu i przyszłych zysków. Co z tego wyszło odsłonił dla świata Roger Casement w swoim raporcie z 1904 roku, czyli po 25 latach po rozpoczęciu opisywanej wyprawy.
Książkę poprzez nadmiar szczegółów organizacyjnych czyta się nieco opornie. Niewątpliwie tekst byłby łatwiejszy, gdyby poddać go redakcji uwzględniającej oczekiwania dzisiejszego czytelnika. Niemniej jednak, jest to dokument ważny dla epoki i szkoda, że do tej pory nikt nie podjął się przetłumaczenia go na język polski.
We wrześniu 1961 roku Dag Hammarskjöld, Sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, zginął w katastrofie lotniczej pod Ndolą w Rodezji Północnej (dzisiejsza Zambia). Tak brzmi oficjalna wersja wydarzeń, wokół której od początku mnożą się wątpliwości i spekulacje. Jak było naprawdę tego się nie dowiemy zanim nie zostaną odtajnione kluczowe dokumenty znajdujące się w posiadaniu stron zaangażowanych w konflikt w Kongo. Celem operacji sił pokojowych ONZ o kryptonimie Morthor było zakończenie secesji Katangi. Secesjoniści pod przywództwem Moise Tshombe, wraz z sojusznikami dążyli do utrzymania dotychczasowego porządku w tej części Afryki i zapobieżenia przejęcia bogatej w surowce (w tym niezbędne do produkcji broni jądrowej) prowincji przez Związek Radziecki. W zimnowojennej atmosferze gra o Kongo toczyła się głównie z udziałem Belgii, Wielkiej Brytanii, Francji, Stanów Zjednoczonych, zagranicznych korporacji wydobywczych i rzecz jasna Związku Radzieckiego.
Książka podzielona jest mniej więcej na dwie części - do połowy jest to historia Konga i Daga Hammarskjölda. Druga część poświęcona jest oficjalnym i domniemanym przyczynom katastrofy DC-6. Pierwszy raport z badań przyczyn wypadku ONZ opublikowała już w kwietniu następnego roku pozostawiając główne pytania bez odpowiedzi. Wszystkim kolejnym również brakowało waloru definitywności, mnożąc przy okazji ilość wersji wydarzeń. Operacja Morthor to przede wszystkim ciekawy wycinek historii Konga, jak również wciągająca lektura.
Około sto kilometrów na północny-zachód od Gomy, wieś Bikenke przy drodze R529 prowadzącej do Walikale. Styczeń, rok 1991, trzyletni Mondiant opuszcza dom, z całą rodziną uciekając przed zbliżającymi się masakrami. Nie wie jeszcze, że jest kongijskim Tutsi należącym do grupy Bagogwe. Nie wie, że jest to preludium do ludobójstwa.
W literaturze, ludobójstwo Tutsi doczekało się licznych opracowań. Nie ma chyba drugiego takiego konfliktu na kontynencie, o którym powstałoby tyle książek. Większość z nich pisana jest niejako z zewnątrz, przez nierodzimych autorów albo z zewnątrz człowieka, sprowadzonego do statystyki bohatera kilku akapitów, jednej opowieści z tysięcy.
Mondiant Dogon napisał książkę o sobie. Nie znajdziemy w niej analiz, teorii i osądów. Jest to historia jednego człowieka, uchodźcy, przedstawiona z najbliższej możliwej perspektywy. Jak w obiektywie makro aparatu fotograficznego widać zaledwie malutki wycinek, tak i w tej historii jest to bardzo wąskie ujęcie ale najbardziej ludzkie i bezpośrednie z możliwych. Bohater książki dostarcza nam bezpośrednie doświadczenie życia w ucieczce, permanentnej egzystencji w rwandyjskim obozie uchodźców.
Otwierając książkę z Kongiem w tytule sądziłem, że będzie to historia tego kraju, jakich wiele. Wszak Demokratyczne Republika Konga to kraj to o historii barwnej i wyjątkowej, którego dzieje pisać się powinno łatwo. Każdy pisarz, który miał z Kongiem w ten czy inny sposób do czynienia napisał pewnie o tym książkę. Tym razem jest to jednak opowieść wyjątkowa, wyróżniająca się lokalnym spojrzeniem. Autor wyszedł poza standardowe ramy powielania w coraz to atrakcyjniejszy sposób tych samych informacji, dodając doń konfrontację faktów historycznych z bezpośrednią relacją ich naocznych świadków.
Van Reybrouck zapytuje Kongijczyków, jak to po prostu było, przez co jest to również opowieść o Kongijczykach a nie tylko abstrakcyjnym tworze państwa o nazwie Kongo. Wśród rozmówców są między innymi i tacy, którzy pamiętają jeszcze czasy Wolnego Państwa Kongo i króla Leopolda. Jest to tym bardziej warte odnotowania biorąc pod uwagę, że książka została napisana w roku 2010 (Wolne Państwo Kongo istniało od roku 1885 do 1908). Spośród poruszanych tematów, ciekawe jest przedstawiona postać Patrice Lumumby, którego rozmówcy pokazują jako postać nie do końca akceptowaną przez lud, kontrowersyjną i nienadającą się na wodza. Nieco odmiennie od klasycznego kanonu historii położony jest też akcent na odpowiedzialność za jego zamordowanie. Ciekawa lektura uzupełniająca warta polecenia każdemu interesującemu się Afryką Środkową.
Kondotier to najemnik. Najemniczy los Rafała Gan-Ganowicza był poniekąd dziełem przypadku, ucieczki z komunistycznej Polski przed służbami bezpieczeństwa połączonej z chęcią czynienia szkody systemowi totalitarnemu. „Kondotierów” Gan-Ganowicz rozpoczyna od opisu desperackiej ucieczki do Berlina Zachodniego, gdzie w obozie dla uchodźców naucza się „nienawiści do czerwonego”. Wkrótce autor zaciąga się do rebelianckiej armii Moise Czombego - przywódcy Katangi, efemerycznego państwa na południu dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga. Czombe walczy z rządem centralnym Patrice Lumumby - pierwszego premiera niepodległego Konga - który o pomoc w walce o utrzymanie Katangi zwrócił się do ZSRR. Dla Gan-Ganowicza jest to wystarczający powód, by „bić czerwonego”. Jest rok 1965.
Książka zawiera żołnierskie wspomnienia z walk w Kongo, życia najemnej braci, barwnie opisane sylwetki towarzyszy broni, których autor uznał za wyjątkowych. W drugiej części książki akcja przenosi się na podobną arenę walk do Jemenu. Worek przygód, rozlanej krwi, egzotyki i powielanych stereotypów, z którego można zaczerpnąć nieco przyjemności podczas lektury. Książka to jednak smutna i niebezpieczna, zwłaszcza w czasach budzących się upiorów. Przekonuje jak łatwo odczłowieczyć człowieka, dać się zbałamucić i wylądować w tej samej kloace totalitaryzmu, z którą się walczy.