Dariusz Rosiak, dziennikarz radiowej Trójki, przez pięć tygodni 2008 roku podróżował po Afryce w ramach projektu „Trójka przekracza granice”. Książka jest jednym z owoców tej podróży. Krótki tekst z tyłu okładki zachęca do poznania Afryki z dala od wydeptanych przez podróżników ścieżek, Afryki nie przystającej do nieprzychylnego wizerunku wykreowanego przez media. Czyżby więc byłaby to jedna z nielicznych książek nie epatująca grozą i przybliżającą Afrykę czytelnikowi taką, jak jest?
„Żar” w trzynastu odsłonach (każdy rozdział dotyczy innego kraju Afryki) przedstawia Afrykę poprzez spotkanie z człowiekiem, obserwacje i teksty oparte na innych źródłach. Informacje te są nieco zdawkowe, ubrane w formę krótkich, najwyżej kilkustronicowych tekstów. „Żar” to kolaż reportażu, wywiadu i felietonu.
Książkę czyta się świetnie. Niestety autorowi nie udało się uciec od powszechnie panującej barwy książek o tej tematyce - wbrew informacjom z okładki, Afryka przedstawiana przez Rosiaka jest raczej miejscem ponurym, tragicznym i bez przyszłości. W kilku miejscach autor wpadł również w pułapkę mitów, powielając powszechne, choć moim zdaniem nieprawdziwe poglądy (np. na stronie 194 przytacza taką opinię: „W Afryce nigdy nie należy okazywać gniewu ani zniecierpliwienia, bo takie zachowanie to najpewniejsza droga do utraty szacunku”).
Niezła książka, po której przeczytaniu warto się zastanowić, czy w istocie Afryka taka nie jest.
Alfred Hutchinson był południowoafrykańskim działaczem Afrykańskiego Kongresu Narodowego ANC. Prześladowany przez system apartheidu, oskarżony o zdradę stanu zdecydował się na ucieczkę z ojczyzny.
Hutchinson rozpoczyna swą opowieść około roku 1957, gdy niemal wszyscy członkowie ANC, włączając Nelsona Mandelę, przebywali w areszcie w trakcie procesu. Przy okazji odzyskania wolności autor postanawia opuścić kraj, wyjechać do Ghany. Bez legalnych dokumentów, z niewielką sumą pieniędzy w kieszeni, Hutchinson jedzie na północ. Podróżuje w ciągłej obawie przed zdemaskowaniem i deportacją, przez Federację Rodezji i Niasy, Mozambik, Tanganikę. Spotyka ludzi, którzy podróżują tak jak on, ludzi wracających z pracy w kopalniach, emigrantów. Ciągła ucieczka, strach i związane z nimi emocji stanowią esencję „Ucieczki do Ghany” - z przekazywaniem tej atmosfery czytelnikom autor radzi sobie całkiem dobrze. Niestety, sama treść jest trochę nudnawa. Moim zdaniem zabrakło głębszej refleksji, być może spojrzenia na tą podróż trochę z boku. Sam opis przebytej drogi to za mało.
Park Narodowy Serengeti zapewne jest tym dla Tanzanii, czym Puszcza Białowieska dla Polski. Znany z obfitości dzikich zwierząt i spektakularnych migracji stad antylop gnu, Serengeti jest głównym bohaterem książki Grzimków. Ojciec i syn eksplorują Serengeti na lądzie i z powietrza. Ich zadaniem jest zliczenie zwierząt i zbadanie szlaków ich wędrówek, co ostatecznie miałoby wpłynąć na kształt granic parku narodowego.
Książka jest bogata w opisy zachowań zwierząt oraz przebiegu badań. Dodatkową atrakcją są fotografie. Ich jakość może jednak rozczarować amatorów albumów - książka wydana została na nienajlepszym papierze (recenzja dotyczy pierwszego wydania Naszej Księgarni z 1968 roku). Jest to jedna z lepszych książek o dzikich zwierzętach Afryki i gdyby poprawić jakość druku zdjęć, zasługiwałaby na wyższą ocenę. Warto dodać, że uzupełnieniem książki jest nagrodzony Oskarem za najlepszy dokument 1959 roku film „Serengeti darf nicht streben”.
Afryka Wschodnia, gdzie autorka wyemigrowała po II wojnie światowej, była dla Ady Wińczy drugą ojczyzną. Tutaj zajęła się między innymi polowaniami na dziką zwierzynę i organizacją safari. Jest to główny temat „Opowieści z sawanny i buszu”.
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwszą na pewno powinni przeczytać myśliwi, wegetarianom radzę jednak już w tym miejscu odłożyć ją na półkę. Część ta zawiera trafne, ciekawe opisy afrykańskiej zwierzyny okraszone opisami jej zabijania. Powstały w ten sposób kontrast nie wszystkim przypadnie do gustu.
Druga część to opis czternastu wschodnioafrykańskich parków narodowych, akcentujący ich różnorodność i specyfikę każdego z nich - dobra wskazówka dla kogoś, kto wybiera się na safari, a nie może się zdecydować dokąd pojechać. W tej części wegetarianie również mogą trafić na „skwarkę”. Zdecydowanie lektura dla mięsożerców.
Muzungu oznacza w języku ludów suahili „biały człowiek”. Każdy kto był w Afryce Wschodniej - Kenii, Ugandzie czy Tanzanii pamięta zapewne dobrze to słowo, wiele razy słyszane od spotkanych przypadkowo ludzi, zwłaszcza dzieci. Daniel Topolski, autor książki jest właśnie takim "białym człowiekiem".
Swoją przygodę rozpoczyna w latach 70-tych w Egipcie, skąd wzdłuż Nilu, przez Sudan Południowy i Tanzanię dociera do Wodospadów Wiktorii w Zambii. Jak sam pisze we wstępie: „w ciągu sześciu miesięcy podróży po Afryce zaledwie osiem czy dziewięć razy płaciłem za nocleg. Zazwyczaj spałem wtedy za barem, w najtańszych pokojach domów publicznych. Poza tym, chcąc nie chcąc, sypiałem na podłogach, matach, pod strzechą chat najbiedniejszych, a zarazem najbardziej szczodrych mieszkańców Afryki - ludzi ze wsi”. Nawet jeśli Topolski czasami nieco przesadza w koloryzowaniu przygód (co bywalec kilku opisywanych przez niego miejsc rozpozna od razu) można mu to wybaczyć, ponieważ relacja, którą nam pozostawił, jest wspaniałym opisem afrykańskich realiów i doświadczeń zebranych podczas drogi przed siebie w rytmie szumu sawanny i tropikalnego deszczu.