Maurice Patry w wieku dwudziestu lat wyjeżdża z Francji na trzyletni kontrakt do Gabonu, gdzie pracuje wśród leśników. Tutaj rodzi się pomysł przepłynięcia Afryki kajakiem - z Gabonu do wybrzeży Oceanu Indyjskiego po wschodniej stronie kontynentu. Pomysłem zapala przyjaciela, z którym 1 października 1951 roku, wypływa z Port Gentil, by zmierzyć się z przygodą.
Książka dokumentuje tą podróż, z punktu widzenia dwóch żądnych przygód, młodych ludzi. Bohaterowie płyną rzekami Sangha i Ubangi, transportują kajaki lądem, przemierzają Jezioro Tanganika by zakończyć podróż w Mozambiku. Podróż trwa ponad rok i obfituje w ciekawe spotkania i zdarzenia. Głównym wątkiem jest jednak sama podróż, zmaganie się ze swoimi słabościami i kaprysami przyrody. „Kajakiem przez Afrykę” to książka, której blisko jest do dziennika podróży. Maurice Patry nie wylicza jednak zdarzeń dzień po dniu, lecz opisuje poszczególne etapy wędrówki przez Afrykę. Czyni to z lekkością pióra i nie pusząc się jak celebryta. Orzeźwiająca lektura, którą warto zabrać z sobą do plecaka.
Mobutu Sese Seko, prezydent Demokratycznej Republiki Konga w latach 1965-1996, to barwna postać. Mobutu, przez ponad trzydzieści lat sprawowania władzy zapisał najczarniejsze strony historii Zairu (nazwa Demokratycznej Republika Kongo od roku 1971 do 1996, wymyślona przez Mobutu zresztą). Michela Wrong opisuje czasy rządów Mobutu, od objęcia władzy do upadku i śmierci na wygnaniu. Nie jest to, jak mogłoby się zdawać, książka wyłącznie biograficzna, chociaż postać Mobutu spaja ją w jedną całość. Autorka rozlegle nakreśla życie w tamtych czasach, hiperkorupcję, układy w armii i sferach rządzących, kosztowne kaprysy prezydenta (na przykład zbudowany pośrodku dżungli pałac w Gbadolite). Poza osobistymi doświadczeniami, Michela Wrong rozmawia z kilkoma wpływowymi postaciami tamtych czasów. Wśród nich są: Larry Devlin (szef kongijskiego oddziału CIA w czasach zabójstwa Lumumby), Nzanga Mobutu (syn wodza) oraz wielu innych rozmówców, którym zależało na anonimowości.
Książkę warto przeczytać, szukając odpowiedzi na pytanie - dlaczego dzisiejsze Kongo, kraj, któremu teoretycznie niczego nie brakuje, znajduje się w ogonie wszystkich statystyk rozwoju.
Informacje na okładce zdradzają, że książka jest „opowieścią o wyprawie do Centralnej Afryki. Jej pretekstem było odnalezienie czarnoskórych krewnych”. Dziadek autorki, Witold Grzesiewicz, ożenił się w Kongu z Moatiną Boman, to właśnie ją autorka postanowiła odnaleźć. Książka zaczyna się wspomnieniami Witolda Grzesiewicza, który przebywał w Kongu w latach trzydziestych XX wieku jako zarządca jednej z faktorii. Trzeba przyznać, że to najciekawsza część książki. Warto wiedzieć, że pozycja ta została również wydana jako „Afryka Utrwalona”, gdzie wspomnienia te są opisane szerzej.
Druga część książki to opis samej wyprawy, który niestety mocno zaniża ocenę. W tym zakresie autorka ma niewiele do zaprezentowania. No bo o czym tu pisać? Że w hotelu do wyboru była Cola, Fanta lub woda? Wspomnienia te powinny raczej pozostać w pamiętniku.
Jak autor zaznacza we wstępie, nie jest podróżnikiem ani pisarzem, lecz lekarzem. Na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia Nasiłowski wyjeżdża z ramienia Światowej Organizaji Zdrowia do Zairu (dzisiaj Demokratyczna Republika Kongo). Monganga znaczy lekarz - w języku lingala.
Nasiłowski rozpoczyna przygodę w Kinszasie, potem ląduje na dłużej w okolicy Mbandaki, następnie w Libenge i Kabindzie. W każdym z tych miejsc pracuje w szpitalu, niekiedy wyruszając na krótkie wyjazdy w teren. Zgodnie ze wstępem, nie jest to opowieść o podróży, raczej wspomnienia Polaka, który znalazł się w nowym, zupełnie odmiennym dla siebie otoczeniu. Wspomnienia są miejscami bardzo ciekawe i czyta się je z przyjemnością, jednak generalnie książka raczej nudna. Za dużo ciasta, za mało rodzynek.
Nie będzie to zwykła recenzja, bo przecież nie jest to zwykła książka. „Jądro ciemności” ma status lektury szkolnej i niemal każdy wie, że to nowela (zaledwie kilkadziesiąt stron) o podróży do wnętrza Czarnego Lądu. Autor „Jądra ciemności” akcent kładzie głównie na problematyce moralnej, pierwotnych instynktach, które mogą wyzwolić się w człowieku. O czym jednak właściwie jest ta książka, jeśli celem sięgnięcia po tę lekturę jest chęć poznania i doświadczenia drogi, podróży? Pytanie o tyle dobre i właściwie zadane, że Conrad w swym dziele niemal wcale nie używa nazw geograficznych.
Tytułowym „Jądrem ciemności” jest interior dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga, cel wędrówki Marlowa, głównego bohatera. Akcja ma miejsce u schyłku XIX wieku. Marlow płynie z Londynu do kongijskiego portu rzeką Kongo w Matadi. Stamtąd, wraz z karawaną handlową dociera do Kinszasy, skąd kontynuuje podróż rzeką. Dokąd dopływa i gdzie jest to „jądro” - nie wiadomo, być może gdzieś w okolicach Kisangani.
Szkoda, że książka jest jedynie krótką nowelą.