Polskie tłumaczenie - „Rzeka krwi”.
W 2004 roku portal BBC opublikował krótką relację człowieka, który przejechał lądem ze wschodnich rubieży Konga do Kisangani. Drogi tej od lat nie pokonał żaden turysta, poza tą informacją nie słyszałem o nikim, komu by się to udało. Cztery lata później ukazała się książka Tima Butchera „Blood River”. Już podczas oglądania okładki wiedziałem, że autorem jest ten sam człowiek, o którym czytałem wcześniej na BBC.
Tim Butcher długo chorował na często występującą wśród miłośników Afryki chorobę, jaką jest marzenie odbycia podróży przez Kongo ze wschodu na zachód, spływając rzeką z Kisangani do Kinszasy. Autor chciał powtórzyć trasę Stanleya, który jako pierwszy biały człowiek spłynął tą rzeką. W książce znajdziemy wiele nawiązań do dzienników tego odkrywcy. Tim Butcher porównuje dzisiejsze Kongo z tym z końca XIX wieku, w wielu miejscach twierdząc, że lata wojny i izolacji cofnęły kraj do czasów Stanleya. Książka jest dobrze napisana i wciąga do ostatniej strony trzymając czytelnika w napięciu pytaniem: „Co się wydarzy dalej?”. Przeszkadza tylko trochę ton relacji - autor ubiera ją w upiory wojny, kanibalizm, śmiertelne choroby i inne zagrożenia. Wiadomo, że ten rejon świata do najbezpieczniejszych nie należy, jednak fakt, że Tim Butcher przejechał przezeń cało, nie jest wcale cudem i nie czyni to z niego bohatera amerykańskiego filmu przygodowego.
Cierpiącym tę samą chorobę co Tim podaję garść informacji o etapach pokonanej trasy: samolotem ONZ z Lubumbashi do Kalemie, motocyklem jednej z organizacji humanitarnych z Kalemie do Kasongo, wynajętą pirogą z Kasongo do Kisangani, barką ONZ z Kisangani do Mbandaki, helikopterem ONZ z Mbandaki do Kinszasy. Całość trasy z Lubumbashi do Bomy (tutaj dotarł w 1877 roku Stanley) zajęła 44 dni.
Klasyk reportażu w wykonaniu Kapuścińskiego nie wymaga dodatkowych rekomendacji. „Wojna futbolowa” to zbiór korespondencji z Afryki, Ameryki Łacińskiej i republik południowego rubieża Związku Radzieckiego („Wojna Futbolowa” to tytuł jednej z nich, opowiadającej o wojnie Salwadoru z Hondurasem, wybuchłej po przegranym meczu piłki nożnej). Wśród zamieszczonych w książce reportaży znajdziemy między innymi „Hotel Metropol” (o mieszkańcach jednego z podłych hoteli Akry), „Będziemy pławić konie we krwi” (o Republice Południowej Afryki doby apartheidu) i „Płonące bariery” (o drodze na południu Nigerii, którą nikt żywy nie przejechał).
Kapuściński pisze z Afryki wyzwalającej się z kolonializmu, z pierwszej linii frontu zachodzących zmian. Jego bohaterem jest zwykły człowiek, jego ludzka postawa i doświadczenie. Poprzez ten pryzmat tłumaczy czytelnikowi ówczesną Afrykę. I robi to w sposób doskonały.
Podszedłem do tej książki sceptycznie. Przejście Afryki z południa na północ celem znalezienia się w Księdze Rekordów Guinness'a nie zapowiadało dużo więcej ponad sportowy wyczyn, kolejne wykorzystanie Afryki do osiągania swoich celów. Początek lektury zdawał się to potwierdzać. Okazało się, że autorka będzie szła przez kontynent w szortach i tenisówkach, wspierana przez jadący cały czas obok niej samochód (wynajęcie Land Rovera z dwoma kierowcami na rok kosztowało ją 25 tysięcy funtów). Im dalej jednak od pierwszej strony, tym bardziej miejsce wyczynu zajmowało doświadczenie Afryki i walka z przeciwnościami losu.
Ffyona Campbell wyruszyła z Kapsztadu w kwietniu 1991 roku. Kierując się na północ, poprzez Botswanę i Zambię wkroczyła do Konga, które właśnie ogarniał chaos związany z buntem żołnierzy Mobutu, co zmusiło ją do ewakuacji. Do Kisangani, gdzie poprzednio skończyła, wróciła po trzech miesiącach, by kontynuować przez Republikę Środkowoafrykańską i Afrykę Zachodnią do marokańskiego Tangieru. 16 088 km od punktu wyjścia. Przejście Afryki na piechotę, odliczając dwie przerwy na ewakuację, zajęło jej półtorej roku.
On Foot Through Africa nie jest dziennikiem podróży. Choć rozdziały opatrzone są datami jest to raczej zapis doświadczenia drogi. Drogi, za której przejście bardziej od pobicia rekordu należy się szacunek. Czapki z głów.
Patrice Lumumba, pierwszy premier niepodległego Kongo (choć jego partia wybrała wybory, prezydentem został Kasavubu) to postać heroiczna, której przypisuje się pierwszoplanową rolę w scaleniu Konga zwanego Belgijskim w naród i doprowadzenia do jego niepodległości. „Lumumba i jego kraj” to biografia przeplecioną historią, zakończona morderstwem dwieście dni po ogłoszeniu niepodległego Konga.
Lektura to ciekawa, odsłaniająca kulisy belgijskiej polityki zagranicznej w Afryce. Niestety, książka jest wyraźnie skażona propagandą bloku wschodniego. Lumumba w pewnym okresie wystąpił bowiem o wsparcie militarne ZSRR, które częściowo otrzymał. W wielu więc miejscach, w których powinny być znaki zapytania, autor daje gotową, politycznie poprawną odpowiedź. Zastanawiające to tym bardziej, że książka powstała w 1962 roku, czyli w rok po śmierci Lumumby, gdy znaków zapytania było bardzo wiele. Część z nich przetrwało do dziś. Warto być może poznać jednak głosy propagandy z obu stron żelaznej kurtyny.
Podtytuł: "Dziennik wyprawy do Afryki Środkowej" zdradza, że jest to specyficzny rodzaj literatury. Data wydania - 1958, oraz nakład - osiem tysięcy egzemplarzy, świadczy o rzadkości dzieła. Jest to bowiem dziennik wyprawy, zrealizowanej w latach 1907-1909, mającej na celu spenetrowanie części obecnej Demokratycznej Republiki Kongo, na zachód od Jeziora Alberta, stanowiącej miedzyrzecze systemów dopływowych Nilu i Konga.
Wyprawa jest przykładem "ekspedycyii", jakie były organizowane w tamtych latach, przeprowadzanych w celu penetracji kontynentu. Ciekawa jest już sama techniczna organizacja przedsięwzięcia, ze stacjami aprowizacyjnymi, handlem wymiennym i gromadą tragarzy. Oprócz tego, autor szczegółowo opisuje plemiona (wyprawa ma charakter antropologiczny) oraz system wyzysku kolonialnego.