Druga książka Tadeusza Biedzkiego, którą przeczytałem (pierwszą była “W piekle eboli”), tym razem opisująca podróż do trzech krajów Afryki Zachodniej - Senegalu, Mali i Burkina Faso. “Sen pod baobabem” utrzymany jest w podobnej konwencji, choć tym razem bardziej dotyka podróżniczego reportażu. Poza bezpośrednią obserwacją, autor serwuje nam sporą dawkę spostrzeżeń i informacji. Niestety, nie wszystkie podane w książce fakty są prawdziwe. Rzecz jasna pomyłki zdarzają się każdemu, ale w tym przypadku jest ich trochę za dużo. Przytoczę dwie, które zanotowałem: wyspa Gorée jest najdalej wysuniętą na zachód częścią Afryki, Uskok Bandiagara wyrasta ni stąd ni zowąd na pięćset metrów (każdy kto tutaj był albo oglądał zdjęcia wie, że uskok ma około sto, maksymalnie dwieście metrów wysokości). Pomyłek i wyolbrzymień (zwykle z gatunku dalej, niebezpieczniej, bardziej wyjątkowo) jest dużo więcej, nie zgadzają się daty, odległości. Niedawno, mój kompan w podróży powiedział, że nie warto traktować zapisanych w podróżniczych książkach relacji zbyt serio, gdyż każdy koloryzuje, naciąga lub wyolbrzymia fakty. To prawda, w moim przypadku rzutuje to jednak w dużej mierze na wartość książki.
Na koniec przytoczę kilka cytatów, które pomogą w określeniu subiektywnej wartość książki: “Wielogodzinne rozmowy, podobnie jak wielogodzinne marzenia, pochłaniają kawał życia Afrykanów, którzy wolą dyskutować i marzyć, niż pracować”, “Ostrożność należy zachowywać nawet przy bananach, do których czasami dostają się niebezpieczne gąsienice – zjedzenie ich grozi śmiercią”, “Z tej mieszanki robią też alkohol o smaku rzygowin. Nazywa się tadż”, “Afrykańskie dzieci zaraz po słodyczach najbardziej marzą o długopisie lub mazaku”, “Afrykanie (...) chcą postępu, marzą o nim, ale nie robią nic, by marzenia te urzeczywistniać. Nie potrafią i nie chcą pracować”.
Ebola. Piekło. Pierwsza w świecie książka o przerażającej wyprawie do krajów zarazy. Czy już się państwo nabrali? Jeśli nie, warto przewertować kartki: zdjęcia udekorowane motywem rozmazanej krwi, trupy na ulicach. Jest rok 2014, środek epidemii Eboli w Afryce Zachodniej.
Książka rozczarowuje. Piekielna atmosfera zgrozy mimo wysiłków autora ulatnia się po pierwszych trzech rozdziałach. „W piekle eboli” (sic!) to książka-relacja z podróży, jakich pełno w księgarniach i gdyby nie wirusowe tło nie wyróżniałaby się niczym. Tadeusz Biedzki wraz z małżonką przemierza trasę z Gambii do Gwinei - trochę jest tu podróżniczej opowieści, trochę informacji o Eboli, trochę o tym, co było w restauracji na talerzu. Nie zabrakło również charakterystycznych dla klasyki gatunku uogólnień rozciągających się na całą Afrykę. Autor zapewnia między innymi, że: „Afryka jak długa i szeroka karmi się rybami”, „bez targowania w Afryce nie sprzeda ani nie kupi się niczego” oraz „nigdzie w świecie przejścia graniczne nie wyglądają tak, jak w Afryce”. Źródeł tej wiedzy autor nie podaje, a przydałyby się przy poważniejszych tematach, jak na przykład „Zgwałcone kobiety często przechodzą nad tym do porządku dziennego, obce im są traumy, które przeżywają kobiety Zachodu”.
Chciałbym pochwalić książkę za zdjęcia, których jest dużo, lecz i tutaj przychodzi mi to z trudem. Poza autorskimi zdjęciami książka jest ilustrowana fotografiami z innych źródeł, w tym np. zakrwawionej ofiary przemocy, która ma zdaje się pokazywać ofiarę Eboli. Bardzo przeciętna książka z bardzo mylącym tytułem.
Muzeum Narodowe w Szczecinie (Muzeum Narodowe w Szczecinie) posiada jedne z największych w Polsce zbiory eksponatów związanych z kulturami Afryki. Część z nich została pozyskana podczas organizowanych w tym celu wypraw. W książce znalazły się zapiski z jednej z takich ekspedycji.
Wiktor Fenrych na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia z pokładu statku opływającego zachodnie wybrzeże Afryki odwiedził kilka krajów regionu. Z wykształcenia jest „historykiem dziejów dawnych” i już w pierwszym akapicie usprawiedliwia się, że nie będzie to wybitne dzieło a raczej kolaż, zbiór wrażeń o luźnej tematyce. I tak rzeczywiście jest. „Zapiski” są krótką w formie obserwacją, która moim zdaniem nabrała wartości z wiekiem - ma już bowiem sześćdziesiąt lat. Dakar ma w tym czasie trzysta tysięcy mieszkańców (teraz prawie dwa i pół miliona) a dzisiejszy Benin był Dahomejem. Kilkanaście czarno-białych ilustracji nie pomaga niestety w czytaniu, gdyż są to kiepskie zdjęcia. Nieco szkoda również, że są to tylko zapiski, bez próby połączenia składników w jedno. Gdyby nie półwieczna perspektywa książka straciłaby wiele w ówczesnych czasach.
Dariusz Rosiak, dziennikarz radiowej Trójki, przez pięć tygodni 2008 roku podróżował po Afryce w ramach projektu „Trójka przekracza granice”. Książka jest jednym z owoców tej podróży. Krótki tekst z tyłu okładki zachęca do poznania Afryki z dala od wydeptanych przez podróżników ścieżek, Afryki nie przystającej do nieprzychylnego wizerunku wykreowanego przez media. Czyżby więc byłaby to jedna z nielicznych książek nie epatująca grozą i przybliżającą Afrykę czytelnikowi taką, jak jest?
„Żar” w trzynastu odsłonach (każdy rozdział dotyczy innego kraju Afryki) przedstawia Afrykę poprzez spotkanie z człowiekiem, obserwacje i teksty oparte na innych źródłach. Informacje te są nieco zdawkowe, ubrane w formę krótkich, najwyżej kilkustronicowych tekstów. „Żar” to kolaż reportażu, wywiadu i felietonu.
Książkę czyta się świetnie. Niestety autorowi nie udało się uciec od powszechnie panującej barwy książek o tej tematyce - wbrew informacjom z okładki, Afryka przedstawiana przez Rosiaka jest raczej miejscem ponurym, tragicznym i bez przyszłości. W kilku miejscach autor wpadł również w pułapkę mitów, powielając powszechne, choć moim zdaniem nieprawdziwe poglądy (np. na stronie 194 przytacza taką opinię: „W Afryce nigdy nie należy okazywać gniewu ani zniecierpliwienia, bo takie zachowanie to najpewniejsza droga do utraty szacunku”).
Niezła książka, po której przeczytaniu warto się zastanowić, czy w istocie Afryka taka nie jest.
Mungo Park był szkockim podróżnikiem, który w 1796 roku odkrył kierunek biegu rzeki Niger. Zginął podczas kolejnej wyprawy, szukając ujścia tej rzeki (Europejczycy odkryli je dopiero w 1830 roku, dywagując wcześniej, jakoby Niger był dopływem Nilu lub tonął gdzieś w piaskach Sahary). Tyle dowiemy się z encyklopedii.
„Podróże we wnętrzu Afryki” to prowadzony przez Parka dziennik podróży. Podczas pierwszej z nich mógł liczyć tylko na siebie, gdyż towarzyszyło mu zaledwie kilku miejscowych a powrotny odcinek drogi, ograbiony przez Maurów, pozbawiony niemal wszystkiego, pokonał zupełnie sam. W drugą podróż wybrał się w liczniejszym gronie - karawana składała się z kilkudziesięciu uzbrojonych żołnierzy a osły niosły zaopatrzenie na całą wyprawę oraz łódź, którą Park zamierzał spłynąć Nigrem aż do Atlantyku. Cóż z tego, gdy niemal wszyscy pomarli z powodu chorób i wycieńczenia, włączając w to Parka.
Mungo Park opisuje swoje przypadki w swoisty, chłodny sposób, nie dramatyzując i nie ubarwiając (jak sądzę) siebie jako bohatera. Nawet, gdy zagrożone było jego życie, przekaz jest obiektywny. Tak czy siak, jest to przednia i przyjemna lektura.