„Afryka dzisiaj” to efekt spojrzenia autora na kontynent, powstały z doświadczeń nabytych podczas podróży, pracy akademickiej, prowadzenia firmy na płaskowyżu Dodomy oraz pilotowania autorskich wycieczek z polskich biur podróży. We wstępie Gilarowski zapowiada Afrykę „od kuchni (...) po latach, kiedy poznaje się mechanizmy, a nie tylko ich efekty” oraz książkę, w której „szczególną pozycję zajmują ludzie (...) ich różne charaktery, postawy, ich systemy wartości”.
Lektura książki według mojej oceny odbiega nieco od zapowiedzi ze wstępu. Mało jest w niej wspomnianych mechanizmów a człowiek zajmuje pozycję, którą można znaleźć w większości relacji z podróży przelanych na słowo pisane, pojawiając się głównie jako element opisywanej rzeczywistości. Pierwsze rozdziały „Afryki dzisiaj” szufladkują ją w mojej głowie raczej w kategorii przewodników, adresowanych do tych, którzy do Afryki wcale się nie wybierają. Mamy zatem obszerne opisy funkcjonowania komunikacji miejskiej, świetny opis afrykańskiej kuchni, lokalnych targowisk a nawet autorskiego safari z opisem kto co znalazł na talerzu.
Niestety Gilarowski nie uniknął grzechu panafrykanizmu, który kusi autorów relacji z Afryki (do czego uczciwie przyznaje się we wstępie), przypisując całej Afryce cechy na podstawie stosunkowo wąskiej perspektywy (czy po wizycie w Skandynawii relacjonujący również piszą, że w całej Europie jest drogo i zimno?). W książce znajdziemy wiele uproszczeń i stereotypów, których doskonałym podsumowaniem jest zawarta w ostatnim rozdziale recepta, w jaki sposób Afrykańska gospodarka ma dogonić bogatą Północ. Otóż, można to zrealizować w trzech krokach. W skrócie: zakończyć wojny, zbudować infrastrukturę turystyczną oraz wypromować ekoturystykę.
Książka stanowi swoisty zapis podróży – nie tylko tej fizycznej, na trasie Warszawa – Addis Abeba – Hargejsa – Mogadiszu, ale przede wszystkim podróży w głąb somalijskiej rzeczywistości lat 2011–2014. Autor konstruuje opowieść wokół Abdulkadira, Somalijczyka mieszkającego w Warszawie, którego historia staje się pretekstem do nakreślenia szerszego obrazu regionu. Ramy czasowe i niektóre wątki książki ocierają się o „Burmistrza Mogadiszu” Andrew Hardinga - książkę, którą przeczytałem nieco wcześniej, co pozwala na ciekawą konfrontację obu perspektyw.
Trzeba jednak przyznać, że to nie główny bohater stanowi pierwszy plan. Choć wywiad z Abdulkadirem stanowi ważną oś książki, jej główną treść wypełniają historie zwykłych ludzi oraz, moim zdaniem najbardziej udane, opisy funkcjonowania somalijskiego społeczeństwa – to one niosą największą wartość poznawczą tej lektury.
Koloryt „Drylandu” jest dość ponury. Autor operuje szarą, smutną paletą barw, kreśląc obraz pełen brudu, nieszczęść i wszechobecnego cierpienia. Choć książkę czyta się dobrze dzięki sprawnej narracji, należy zachować ostrożność – łatwo zarazić się bijącym z kartek wszechsmutkiem. Afryka w tym wydaniu jest posępna, wyzuta z prawdziwej miłości i głębszych uczuć.
Lektura pozostawia czytelnika z pytaniami: czy ten przygnębiający obraz jest wiernym odbiciem somalijskiej rzeczywistości, czy jest to celowe wycelowanie literackim obiektywem w tą część spektrum emocji, czy może ta posępność siedzi raczej w głowie autora niż w samej Afryce?
Poważnie brzmiący tytuł mówiący o poszukiwaniach legendarnych kopalni Króla Salomona nastawił mnie na poważną, być może popularno-naukową lekturę. Spodziewałem się analiz biblijnych tekstów i odkryć archeologicznych a tymczasem książka zaczyna się od zakupu straganowej mapy-pamiątki na bazarze w Jerozolimie, która miałaby prowadzić do celu. Szybko okazało się, że „poszukiwaniom” bliżej jest do „Poszukiwaczy zaginionej Arki” niż zbudowanemu w mojej głowie oczekiwaniu. Dopiero po uświadomieniu sobie tej różnicy wybaczyłem autorowi nieco naiwną w tym kontekście narrację.
Akcja książki ma miejsce w Etiopii, w roku 2001. Jest to książka podróżnicza, z nutą przygody, w której miejsca związane z tytułowymi kopalniami są tylko inspiracją. Myślę, że Tahir Shah w ogóle nie zamierzał ich szukać, wybrał po prostu chwytliwy motyw, dzięki któremu mógł odbyć interesującą podróż (a później łatwiej ją sprzedać w postaci książki). Autor odwiedza między innymi Addis Abebę, Lalibelę, Harar, Gonder by w kulminacyjnym punkcie podróży podjąć eksplorację góry Tullu Welel na północ od Gamebli. To miejsce uznał za najbardziej prawdopodobne by znaleźć kopalnie.
Po odkryciu, czym książka jest a czym nie, lektura jest całkiem przyjemna. Jeśli ktoś liczy jednak bardziej na źródło wiedzy niż rozrywkę, może być mniej zadowolony.
Historia opisana przez Andrew Hardinga jest historią Tarzana, a właściwie Mohameda Nura, który sprawował funkcję burmistrza stolicy Somalii w latach 2010-2014. W okresie, w którym Tarzan obejmował urząd toczyła się Bitwa o Mogadiszu, w której bojownicy Al-Shabab walczyli z efemerycznym Tymczasowym Rządem Federalnym o kontrolę nad miastem.
W opowieści biografia Mohameda Nura przeplata się z historią Somalii i Mogadiszu, zaczynając od czasów, w których ziemie, na których rozgrywa się fabuła książki były jeszcze Włoskim Somali, poprzez upadek reżimu Siada Barre w 1991 aż do roku 2016, gdy nasz bohater po odwołaniu z funkcji burmistrza aspiruje do roli prezydenta. Autor sięga po bezpośrednie relacje Tarzana, jak również wywiady z osobami mu bliskimi. Akcent tej konstrukcji jest wyraźnie przesunięty na samą postać bohatera. Nie jest to lektura, która uporządkuje zagmatwaną historię Somalii, raczej naświetli jej równie istotne tło.
To, czego mi w „Burmistrzu Mogadiszu” brakowało, to relacja autora z protagonistą. Mohamed Nur wydaje się być tylko narzędziem, zabiegiem marketingowy, którego Andrew Harding używa w produkcji książki.
PS Dopełniając ramy czasowe książki warto dodać, że w 2017 roku Mohamed Nur przegrał w wyborach prezydenckich z Mohamedem Abdullahim Farmaajo a w latach 2018-2022 pełnił funkcję ambasadora Somalii w Kenii.
Jak dowiadujemy się w prologu, tytułowy najemnik „Został aresztowany 8 marca 2004 r. wraz z piętnastoma innymi mężczyznami, gdy próbował obalić rząd Gwinei Równikowej”. Najemnikiem tym jest Nick du Toit, którego autor książki zatrudnił w roli ochroniarza podczas kręcenia filmu o wojnie domowej w Liberii w 2002 roku. Tematem książki nie jest jednak tylko wojna, choć bez wątpienia jest ona pierwszoplanowa, lecz również relacja pomiędzy Nickiem a autorem - co do zasady bezstronnym reporterem konfrontującym swój fach z przyjaźnią, od której zależy jego życie i kariera. Kolejne warstwy fabuły odkrywają realia frontu rebelii, których zobrazowanie może być zbyt brutalne dla bardziej wrażliwych czytelników. W drugiej części książki, spinającej klamrą informacje ze wstępu, uczestniczymy w przygotowaniach i nieudanym zamachu stanu w Gwinei Równikowej, w marcu 2004 roku. James Brabazon otrzymuje od Nicka ekskluzywną propozycję dołączenia do grupy najemników i nakręcenia reportażu z przeprowadzonej operacji. Jak wiadomo zamach został udaremniony - grupa uderzeniowa została aresztowana w Harare, Nicka pojmano w Malabo. Końcówka książki to opowieść o kulisach tej operacji i dalszych losach Nicka.
Ta mozaika płaszczyzn i tematów, w powiązaniu z świetnym warsztatem pisarskim czyni książkę wyjątkową. W „Moim przyjacielu najemniku” można doszukać się niepoprawnych tematów. Apartheid, znieczulica, oportunizm przedstawione są takimi, jakie są, czasami pozostawione bez oceny. Nie jest to jednak moim zdaniem wada tej książki a różnica pomiędzy reportażem a felietonem.
PS Recenzja dotyczy oryginalnej wersji językowej książki „My Friend the Mercenary”.
PS2 W efekcie opisywanych w książce wydarzeń w Liberii powstał film dokumentalny „Liberia: An Uncivil War”.