Druga książka Tadeusza Biedzkiego, którą przeczytałem (pierwszą była “W piekle eboli”), tym razem opisująca podróż do trzech krajów Afryki Zachodniej - Senegalu, Mali i Burkina Faso. “Sen pod baobabem” utrzymany jest w podobnej konwencji, choć tym razem bardziej dotyka podróżniczego reportażu. Poza bezpośrednią obserwacją, autor serwuje nam sporą dawkę spostrzeżeń i informacji. Niestety, nie wszystkie podane w książce fakty są prawdziwe. Rzecz jasna pomyłki zdarzają się każdemu, ale w tym przypadku jest ich trochę za dużo. Przytoczę dwie, które zanotowałem: wyspa Gorée jest najdalej wysuniętą na zachód częścią Afryki, Uskok Bandiagara wyrasta ni stąd ni zowąd na pięćset metrów (każdy kto tutaj był albo oglądał zdjęcia wie, że uskok ma około sto, maksymalnie dwieście metrów wysokości). Pomyłek i wyolbrzymień (zwykle z gatunku dalej, niebezpieczniej, bardziej wyjątkowo) jest dużo więcej, nie zgadzają się daty, odległości. Niedawno, mój kompan w podróży powiedział, że nie warto traktować zapisanych w podróżniczych książkach relacji zbyt serio, gdyż każdy koloryzuje, naciąga lub wyolbrzymia fakty. To prawda, w moim przypadku rzutuje to jednak w dużej mierze na wartość książki.
Na koniec przytoczę kilka cytatów, które pomogą w określeniu subiektywnej wartość książki: “Wielogodzinne rozmowy, podobnie jak wielogodzinne marzenia, pochłaniają kawał życia Afrykanów, którzy wolą dyskutować i marzyć, niż pracować”, “Ostrożność należy zachowywać nawet przy bananach, do których czasami dostają się niebezpieczne gąsienice – zjedzenie ich grozi śmiercią”, “Z tej mieszanki robią też alkohol o smaku rzygowin. Nazywa się tadż”, “Afrykańskie dzieci zaraz po słodyczach najbardziej marzą o długopisie lub mazaku”, “Afrykanie (...) chcą postępu, marzą o nim, ale nie robią nic, by marzenia te urzeczywistniać. Nie potrafią i nie chcą pracować”.
Pierwsze i ostatnie polskie tłumaczenie książki Slatina Baszy - “Przez Sudan ogniem i mieczem” zostało wydane w 1901 roku i jest dzisiaj łakomym kąskiem raczej dla bibliofila niż szeregowego czytelnika. Recenzja dotyczy angielskiego tłumaczenia z epoki, autorstwa F.R.Wingate.
Historię Sudanu końca XIX wieku określa głównie powstanie Mahdiego, które w świadomości naszego kręgu kulturowego odcisnęło się przede wszystkim przez tło powieści “W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza oraz śmierć Gordona w Chartumie. Rudolf Slatin, w osmańskiej Turcji tytułowany baszą, w okresie tym był Gubernatorem Generalnym Darfuru i już we wczesnej fazie powstania popadł w osobistą niewolę, najpierw samego Mahdiego, później jego następcy Abdullahiego.
Książka jest bezpośrednią relacją Slatina z okresu urzędowania w Darfurze, niemal dwunastoletniej niewoli oraz ucieczki do Egiptu. Bez wątpienia, poza ciekawą historią, zamiarem autora było dostarczenie precyzyjnych informacji wywiadowczych, co tłumaczy mnogość nazwisk, rodów, zależności plemiennych i gospodarczych. Z początkiem lektury natłok informacji może przytłaczać, dalej mamy już do czynienia ze świetnie podaną relacją, przygodą. Jest to na tyle dobra książka, że gdy w końcu Slatinowi udaje się uciec do Egiptu, można poczuć niedosyt, że to już koniec opowieści.
We wrześniu 1961 roku Dag Hammarskjöld, Sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, zginął w katastrofie lotniczej pod Ndolą w Rodezji Północnej (dzisiejsza Zambia). Tak brzmi oficjalna wersja wydarzeń, wokół której od początku mnożą się wątpliwości i spekulacje. Jak było naprawdę tego się nie dowiemy zanim nie zostaną odtajnione kluczowe dokumenty znajdujące się w posiadaniu stron zaangażowanych w konflikt w Kongo. Celem operacji sił pokojowych ONZ o kryptonimie Morthor było zakończenie secesji Katangi. Secesjoniści pod przywództwem Moise Tshombe, wraz z sojusznikami dążyli do utrzymania dotychczasowego porządku w tej części Afryki i zapobieżenia przejęcia bogatej w surowce (w tym niezbędne do produkcji broni jądrowej) prowincji przez Związek Radziecki. W zimnowojennej atmosferze gra o Kongo toczyła się głównie z udziałem Belgii, Wielkiej Brytanii, Francji, Stanów Zjednoczonych, zagranicznych korporacji wydobywczych i rzecz jasna Związku Radzieckiego.
Książka podzielona jest mniej więcej na dwie części - do połowy jest to historia Konga i Daga Hammarskjölda. Druga część poświęcona jest oficjalnym i domniemanym przyczynom katastrofy DC-6. Pierwszy raport z badań przyczyn wypadku ONZ opublikowała już w kwietniu następnego roku pozostawiając główne pytania bez odpowiedzi. Wszystkim kolejnym również brakowało waloru definitywności, mnożąc przy okazji ilość wersji wydarzeń. Operacja Morthor to przede wszystkim ciekawy wycinek historii Konga, jak również wciągająca lektura.
Redaktor zbioru zamieszczonych w książce raportów - Michael Keating - w latach 2016-2018 był Specjalnym Przedstawicielem Sekretarza generalnego ONZ w Somalii. Z tego też okresu pochodzą zebrane opracowania, wpisujące się tematycznie z podtytuł „Narodowe niesprawiedliwości, lokalny konflikt i Asz-Szabab”. Opracowań jest 44 i każde ma taki sam format: sylwetka autora, streszczenie, wstęp, treść główna, podsumowanie, rekomendacje. Jest to bardziej zbiór oddzielnych publikacji, niż samodzielna książka. O ile bowiem sama treść bywa interesująca, to powielanie w każdym z 44 wstępów informacji o upadku Somalii wraz z upadkiem reżimu Siada Barre może być irytujące. Zbędne i przydające czytelniczej niestrawności są wszystkie streszczenie, wstępy i podsumowania, będące powieleniem treści głównej. Ta jednak bywa ciekawa, interesujące są na przykład rozdziały zawierające wywiady z Somalijczykami lub te poświęcone roli kobiet w Asz-Szabab.
Końcowa część każdego z opracowań zawiera konkretne wskazówki i rady, co należy uczynić, by w Somalii zapanował pokój a fundamentalizm Asz-Szabab stracił poparcie. W przeważającej mierze artykuły są napisane przez obcokrajowców lub somalijską diasporę i trudno oprzeć się wrażeniu, że rekomendacje owe stanowią napisaną z perspektywy miękkiego fotela abstrakcję. Przytoczę kilka z nich: aby zakończyć prześladowania na tle klanowym należy wprowadzić kodeks postępowania sił rządowych; wprowadzenie przez somalijski rząd prawa zabraniającego sprawcom zbrodni wojennych sprawowania funkcji publicznych w celu ukrócenia bezkarności; zakończyć tolerancję przemocy wobec mężczyzn, młodzieży i kobiet. Proste, wystarczy zrealizować te trzy zalecenia a w Somalii nastanie pokój.
Około sto kilometrów na północny-zachód od Gomy, wieś Bikenke przy drodze R529 prowadzącej do Walikale. Styczeń, rok 1991, trzyletni Mondiant opuszcza dom, z całą rodziną uciekając przed zbliżającymi się masakrami. Nie wie jeszcze, że jest kongijskim Tutsi należącym do grupy Bagogwe. Nie wie, że jest to preludium do ludobójstwa.
W literaturze, ludobójstwo Tutsi doczekało się licznych opracowań. Nie ma chyba drugiego takiego konfliktu na kontynencie, o którym powstałoby tyle książek. Większość z nich pisana jest niejako z zewnątrz, przez nierodzimych autorów albo z zewnątrz człowieka, sprowadzonego do statystyki bohatera kilku akapitów, jednej opowieści z tysięcy.
Mondiant Dogon napisał książkę o sobie. Nie znajdziemy w niej analiz, teorii i osądów. Jest to historia jednego człowieka, uchodźcy, przedstawiona z najbliższej możliwej perspektywy. Jak w obiektywie makro aparatu fotograficznego widać zaledwie malutki wycinek, tak i w tej historii jest to bardzo wąskie ujęcie ale najbardziej ludzkie i bezpośrednie z możliwych. Bohater książki dostarcza nam bezpośrednie doświadczenie życia w ucieczce, permanentnej egzystencji w rwandyjskim obozie uchodźców.