Idi Amin na okładce i podtytuł „Rzecz o elitach afrykańskich” zapowiadają barwną lekturę, w której Aminowi będzie towarzyszył Bokassa, Mobutu, Taylor i być może kilku innych, mniej znanych wodzów. Pierwsze rozdziały systematyzują „rzecz”. Autor wykłada teorię sprawowania władzy z akademicką metodologią. Jest to fragment zaskakująco ciekawy, tym bardziej, że pomimo swojego wieku (książka została wydana w 1989 roku), wydaje się aktualny. Tytułowe elity to nie tylko te współczesne, ale również minione, z czasów kolonialnych i wcześniejszych.
W połowie lektury wiedziałem już, że choć książka leciwa to marketing pod koniec lat 80-tych ubiegłego stulecia zadbał o atrakcyjność tytułu. O manowcach i dyktatorach autor nie napisał prawie nic, nie tylko w pierwszej połowie, ale i w całej książce. Kolejne rozdziały Szczepański poświęca dalszej drobiazgowej analizie elit, ich funkcji w lokalnych społecznościach oraz rodzących się po epoce kolonialnej narodach. Dodatkowo autor uprawia wycieczki ideologiczne w stronę uzależnienia Afryki od pomocy zagranicznej i fatalnej interakcji cywilizacji zachodu z tą lokalną, afrykańską. Zwieńczeniem dzieła jest ujęcie zagadnienia w ramy marksizmu i recepta na wszelkie problemy - socjalizm.
Nieco zawiodłem się na tej książce, choć nadal można w niej znaleźć kilka ciekawych informacji.
Dziennik z podróży (czy raczej, jak ją autor określa: „ekspedycji”) przez całą szerokość Afryki od Egiptu do Republiki Południowej Afryki. Podróży nietypowej, bo z użyciem polskiego Fiata 126p. Paweł Arkady Fiedler w dążeniu do wyjątkowości wybrał właśnie ten środek transportu. Wielu przemierzyło kontynent piechotą, przejechało rowerem, ba był już nawet ktoś, kto przejechał Afrykę na hulajnodze. Trudno w dzisiejszych czasach o oryginalność, pozostało chyba wyruszyć w podróż traktorem na biegu wstecznym. Koniec uszczypliwości.
Ekspedycja rozpoczyna się w 2014 w porcie w Gdyni, skąd samochody płyną w kontenerze do egipskiej Damietty. Samochody, bo choć na zdjęciach tego nie widać, ekspedycja poza Maluchem składa się z terenowej Toyoty z dwoma operatorami filmowymi i częściami zamiennymi do Malucha (w tym zapasowy silnik). Podróż przez kontynent trwa trzy miesiące i wiedzie klasyczną drogą przez Afrykę Wschodnią.
Jak na dziennik przystało, ekspedycja opisana jest z typową dla tej formy skrupulatnością. Dużą część wypełniają treści związane z samą jazdą, kamieniami na drodze, odgłosami i pomrukami wydawanymi przez samochód. O Afryce za oknem samochodu jest niewiele: głównie są to zdziwienia miejscowych na widok Fiata 126p, powierzchowne informacje przewodnikowo-wikipedyczne oraz kilka powielonych podróżniczych mitów (np. ten o Wybrzeżu Szkieletowym w Namibii: „Stąd jego ponura sława i nazwa - wybrzeże szkieletów (sic!), od setek porzuconych na nim wraków”).
Na koniec złota myśl autora: „To właśnie upór i determinacja różnią podróżnika odkrywcę od podróżnika turysty.”
Otwierając książkę z Kongiem w tytule sądziłem, że będzie to historia tego kraju, jakich wiele. Wszak Demokratyczne Republika Konga to kraj to o historii barwnej i wyjątkowej, którego dzieje pisać się powinno łatwo. Każdy pisarz, który miał z Kongiem w ten czy inny sposób do czynienia napisał pewnie o tym książkę. Tym razem jest to jednak opowieść wyjątkowa, wyróżniająca się lokalnym spojrzeniem. Autor wyszedł poza standardowe ramy powielania w coraz to atrakcyjniejszy sposób tych samych informacji, dodając doń konfrontację faktów historycznych z bezpośrednią relacją ich naocznych świadków.
Van Reybrouck zapytuje Kongijczyków, jak to po prostu było, przez co jest to również opowieść o Kongijczykach a nie tylko abstrakcyjnym tworze państwa o nazwie Kongo. Wśród rozmówców są między innymi i tacy, którzy pamiętają jeszcze czasy Wolnego Państwa Kongo i króla Leopolda. Jest to tym bardziej warte odnotowania biorąc pod uwagę, że książka została napisana w roku 2010 (Wolne Państwo Kongo istniało od roku 1885 do 1908). Spośród poruszanych tematów, ciekawe jest przedstawiona postać Patrice Lumumby, którego rozmówcy pokazują jako postać nie do końca akceptowaną przez lud, kontrowersyjną i nienadającą się na wodza. Nieco odmiennie od klasycznego kanonu historii położony jest też akcent na odpowiedzialność za jego zamordowanie. Ciekawa lektura uzupełniająca warta polecenia każdemu interesującemu się Afryką Środkową.
„Algieria z daleka i bliska” obiecuje przekrojowe spojrzenie na ten kraj, pogłębione osobistymi wrażeniami autora z pobytu tamże. Warto jednak zacząć od tego, że realia książki osadzone są w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, przy czym Algieria „z bliska” to lata czterdzieste a „z daleka” pięćdziesiąte. Algieria uzyskała niepodległość w roku 1962, zatem książka opisuje czasy kolonii francuskiej. Z tej też przyczyny wiele nazw wyda nam się obcych, np. miasto Philipeville to dzisiaj Sakikda.
Grzędziński skupia się na politycznym portrecie Algierii, zawężając geograficznie temat do północy tego kraju. Saharyjska większość została niemal zupełnie pominięta, pojawiając się tylko czasami, jako obszar występowania złóż surowców mineralnych. Chociaż na początku autor pochyla się nieco nad geografią i kulturą, tematy te są tylko wstępem do dywagacji na temat kolonializmu, „złej” Francji i walce obcego kapitału z rodzimymi dążeniami do dobrobytu. Trudno czasami się rozeznać, co dokładnie autor miał na myśli, gdyż nie posiadł on moim zdaniem daru jasnego jej przekazywania. Historia została wymieszana z ekonomią, nudnymi statystykami i monologami włożonymi w usta algierczyków. Z lekka chaotycznej wypowiedzi jasno przejawia jednak olbrzymia sympatia do walczącego z Francuzami algierskiego ludu i gorycz spowodowana poczuciem ich bezradności. Wszyscy Francuzi są tutaj źli i tępi a Algierczycy dobrzy i sprytni. Mętne wywody o kolonializmie są tematem większości rozdziałów, których jest moim zdaniem po prostu za dużo i są wtórne. Kubeł goryczy też trzeba umieć wylać, by nie pomylić pomyj z wzniosłą ideą.
Mieszane myśli co do tej książki rozpocznę od konsekwentnego unikania przez autora czasu, w którym odwiedził opisany w niej Sudan. Nie byłoby w tym być może nic zdrożnego, gdyby nie to, że pierwsze wydanie tej książki pochodzi z 2009 roku, więc naturalnym jest założenie, że jest to relacja w miarę aktualna. Nic z tego, choć sam w Sudanie byłem ostatnio w 2002 roku to przyjmując aktualność publikacji nieraz uniosłem brwi ze zdziwienia. Jedyną informacją, która zdradza mniej więcej precyzyjnie datę wizyty autora w Sudanie jest wzmianka o zatopionym w Nilu samolocie, którego piloci pomylili rzekę z pasem startowym. W Wikipedii znalazłem, że katastrofa ta wydarzyła się w 1982 roku. Ale i tej daty nie jestem pewien, później bowiem pojawia się wydarzenie z roku 1991, później z 1997 a jeszcze później z roku 2009. Osobiście ten historyczny kolaż uważam za mankament. Ale o czym właściwie jest ta książka?
Pustynia bez puszczy, jak już wiemy to Sudan. Tytuł jednoznacznie nawiązuje do sienkiewiczowskiej „W pustyni i w puszczy”, ale poza kilkoma egzaltacjami autora na temat tej powieści nie znajdziemy tu poważniejszych nawiązań. Korybut-Daszkiewicz próbuje pokazać Sudan całościowo, odbiegając co drugi krok w stronę bezpośredniej relacji. Rozległe fragmenty w środku lektury poświęca powstaniu Mahdiego, być może dlatego, że w tym właśnie czasie Sienkiewicz umieścił swoją powieść.
Mieszane myśli zakończę drugą przeszkodą - dużą ilością błędów. Wodospady Murchisona w Rwandzie, głębokie na 1200 metrów kaniony Nilu na północ od VI katarakty, konflikt Hutu i Tutsi jako kontynuacja najazdu Egiptu na Sudan, szczepionka na malarię to tylko kilka bzdur, którymi autor wzbogacił swoje dzieło. Nierzetelna książka.