Yaho de VilleYaho de Ville AfrykaWyprawy AparatZdjęcia ListNewsy KsiążkaKsiążki CDMuzyka PlecakPlecak komarMalaria ForumForum iLinki SamolotTorebki AutorKontakt

Notatnik

Wstęp: Przygoda z Yemenią Znowu Afryka!Erytrea: Rowerem do Massawy Hiob z Keren Wolność w wolnym kraju Kolejka do autobusu Miasto portoweJemen: Czas na czatDżibuti: Gorączka Ławeczka na granicy Somaliland: Słowo Honoru Dostawa towaru Odwrót z Berbery Air Force One

Przygoda z Yemenią


Na lotniska zwykłem przyjeżdżać dużo za wcześnie. Od zawsze lubiłem patrzeć na samoloty, zwłaszcza te z dalekich krajów Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Frankfurt jest jednym z tych lotnisk europejskich, gdzie szanse na oglądanie maszyn w egzotycznych barwach jest duże, cieszyłem się więc, że będę tutaj wcześnie. Samolot Yemenii, którym miałem polecieć do Asmary odlatuje o jedenastej.
Miast biletu, miałem w kieszeni wydrukowaną wiadomość, na którym niejaki Amen Farouk zapewniał, że rezerwacja jest potwierdzona, wystarczy tylko pojawić się o dziewiątej z gotówką u reprezentanta Yemenii na lotnisku. Jak opisać stan mojego umysłu, gdy na dwie godziny przed wylotem, stojąc z plecakiem na grzbiecie, gotowy do wyjazdu, dowiedziałem się, że biletu na moje nazwisko nie ma? W dodatku, system komputerowy nie działa i nie można było sprawdzić, czy są jeszcze wolne miejsca.
Godzina spędzona przed stanowiskiem numer 24 na lotnisku we Frankfurcie zapowiadała się na najgorszy punkt wyprawy, już na samym jej początku. Czas zdawał się biec teraz wolniej. Pomiędzy kolejnymi, nerwowymi spojrzeniami na zegarek, opracowywałem już plan awaryjny. Gdzie można polecieć bez wizy? Addis, Nairobi? Jakie są szanse na znalezienie dzisiaj jakiegokolwiek lotu tamże?
Kwadrans po dziesiątej bramka na samolot, do którego jeszcze nie miałem biletu, była już otwarta.
Jakaż była moja radość, gdy w końcu go dostałem, w ostatniej chwili, last-minute. Bilet wypisany był długopisem. Udało się! Lecę!

Znowu Afryka!


Wybrzeże Afryki (Egipt) z samolotu Który to już raz lecę do Afryki? Choć nie jest to pierwszy raz, emocje są takie same. Niepokój związany z niewiadomą, ekscytacja tym samym, oczekiwanie pierwszego piwa w upalny wieczór, gdy krople wody obficie spływają po zimnej butelce, dyskusje o sensie życia z przygodnym nieznajomym. Klocki tej układanki składają się na obraz, który tłumaczy, dlaczego chcę tam wracać. Obraz, który jest odpowiedzią na pytanie, które tak często słyszę a nie umiem na nie odpowiedzieć słowami. Zresztą, nawet gdybym potrafił to zrobić, obraz pozostanie obrazem, niektórym znaczącym coś innego, innym zupełnie niezrozumiałym.
Godzina szesnasta, ostatni dzień marca. Po długiej przerwie, jaką jest Morze Śródziemne widziane z wysokości dziesięciu tysięcy metrów, na horyzoncie rysuje się linia brzegowa kontynentu. Za chwilę będę w Afryce.

Erytrea

Rowerem do Massawy


Pomysł był bardzo prosty. Asmara leży na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza, Massawa zaś nad samym morzem, czyli na wysokości "zero". Oba miasta dzieli dystans około pięćdziesięciu kilometrów w linii prostej, więc teoretycznie można by się doń stoczyć na czymkolwiek, co ma koła, bez dużego wysiłku.
Rower przy drodze Asmara - Massawa Zaopatrzony w rower "Snowbike" Made in Taiwan, dwie butelki wody oraz aparat fotograficzny, wyruszyłem z Asmary jeszcze przed wschodem słońca, przed szóstą. O tej porze ulice są opustoszałe, nieliczni przechodnie niemrawo podążają w nieznanym mi kierunku. Gdzieniegdzie, na chodnikach bocznych uliczek dostrzegałem przykryte szarymi kocami sylwetki - to śpiący bezdomni. Poranki w Asmarze są chłodne.
Wyjazd z miasta, pierwsze kilka kilometrów jest płaskie, ale tuż za rogatkami, droga zaczyna gwałtownie opadać w dół. Otwierają się widoki na spowite w szarym brzasku góry, zakręt goni zakręt, ręka cały czas na hamulcu. Gdyby ktoś chciał, to można by bić rekordy prędkości, ograniczają ją tylko zakręty i niepewne hamulce. Nie wiadomo też, co się kryje za najbliższym zakrętem, choć ruch jest mały, szum bieżnika opon oraz skalne ściany tłumią odgłosy zbliżających się samochodów. Przeszkodą mogą być, i są, spacerujące środkiem drogi stada małp.
Za Nefasit, gdzie zaczyna się szlak do klasztoru Debre Bizen, góry się nieco uspokajają, spadki są łagodniejsze, ale i zakrętów jest mniej. Dzięki temu nadal można pędzić w dół z obolałą ciągłym ściskiem dłonią na hamulcu. Po około siedemdziesięciu kilometrach otwierają się przestrzenie nizin. Góry, zieleń i chłód ustępują jałowej półpustyni, smaganej z góry niemiłosiernym słońcem. Dopiero tutaj przydaje się butelka z wodą (na całą trasę wystarczył tylko jeden litr). Od tego miejsca, będą już tylko dwa przydrożne bary, z których skwapliwie skorzystam.
Ostatnie czterdzieści kilometrów okazały się trudnym wyzwaniem. Łagodne podjazdy skutecznie utrudniają jazdę, niewielkie spadki nie pozwalają zaś nadrobić kilometrów. Droga przez cały czas wiedzie w pełnym słońcu - odpoczynku szukałem pod skałami, które dzięki wczesnej porze dawały jeszcze resztkę cienia. Najgorsze były ostatnie kilometry, gdy zdaje się, że jest się już blisko, a tymczasem kolejny zakręt nie odkrywa upragnionego celu. W Massawie byłem o jedenastej rano. Za mną sto dziesięć kilometrów.

Hiob z Keren


Historia niepodległego państwa Erytrei jest krótka. Po wielu latach walki ze sprawującą kontrolę nad tymi terenami Etiopią, państwo uzyskało suwerenność w 1993 roku. Początkowo stosunki z południowym sąsiadem układały się dobrze (w tym czasie władzę w Etiopii sprawował reżim wojskowy Mengistu), granice były otwarte, Etiopia korzystała z portów w Massawie i Assab, z obu stron płynęły optymistyczne deklaracje. Przyjaźń nie trwała niestety długo.
Obecnie (lato 2005) granica z Etiopią, na całej swej długości jest zamknięta. Po obu jej stronach stacjonują gotowe do walki wojska, sporadycznie padają strzały. Obie armie trzyma w jarzmach "społeczność międzynarodowa", która podjęła się mediacji. Jest to jak do tej pory skuteczne, zwłaszcza że od zawieszenia broni przez obie strony uzależniona jest wysokość pomocy finansowej.
Wielu Erytrejczyków, z którymi rozmawiałem, widzi sprawę inaczej. W ich przekonaniu, wojna jest nieunikniona. Nastąpi to być może za rok, za miesiąc, może jutro. Są gotowi, tym bardziej, że nie zapomnieli jeszcze o wojnie poprzedniej. Żywy jest również stereotyp Etiopii - hegemona, dzikiego kraju, gdzie ludzie zabijają dla przyjemności. Takoż tłumaczy mi Hiob z Keren, popijając zimny napój w barze nieopodal hotelu Awet. Skąd się biorą takie przesądy? Czy jest to wynik wojennej propagandy, czy stary jak świat efekt żyjących obok siebie plemion, gdy każde z nich wskazując na sąsiada, mówi, iż czeka tam rychła śmierć a ludzie są podli? Jednak, gdy się tam pojedzie palec się odwraca i słychać te same słowa. Brak dialogu.

Wolność w wolnym kraju


W biurze Eritrean Airlines, zdesperowany brakiem możliwości wydostania się lądem z Erytrei, czekałem aż system komputerowy zacznie działać. Zbliżało się południe. Miejsca w autobusach do Assab, skąd już do Dżibuti jest blisko, były wykupione na trzy tygodnie w przód i choć może się to w Afryce wydawać dziwne, w tym kraju nie było szans na zmianę na lepsze.
Miejscowe linie lotnicze dysponują niewielką flotą kilkunastomiejscowych latających maszyn, ale bez działających komputerów nie można było sprawdzić, czy są jeszcze wolne miejsca. Biuro klimatyzowane, na zewnątrz gorąco. Po jakimś czasie pojawił się jeszcze jeden ciekawy tego połączenia gość. Niemiec, tak jak ja, chciał się wydostać z Erytrei, z tym, że jego motywy były zgoła inne.
System komputerowy nadal nie działał. Niemiec był (być może jest nim jeszcze) pracownikiem Uniwersytetu w Asmarze. Rząd zapewnia mu pracę bez wynagrodzenia, wynajmuje w Asmarze dom i zapewnia coś jeszcze, przez co rozmowa z nim odbywa się w konspiracji, półszeptem, w ukryciu, by pracownicy Eritrean Airlines nie usłyszeli tematu rozmowy. Otóż, by wyjechać z kraju, jednocześnie będąc posiadaczem wizy zatrudnieniowej, niezbędne jest zezwolenie pracodawcy. Niemiec próbował kilkukrotnie wrócić do Europy, lecz rząd nie jest skłonny wydać odpowiedniego pozwolenia a na lotnisku bez tegoż ani rusz. Pozostało mu więc, jedynie nielegalne przekroczenie granicy na południe od Assab, w kierunku Dżibuti.
Nie on jeden. Choć w innym charakterze, większość mężczyzn w kraju nie może swobodnie podróżować, nie mówiąc już o wyjeździe za granicę. Z powodu gorącej sytuacji na granicy z Etiopią, mężczyźni przez piętnaście lat muszą pozostawać w gotowości bojowej. Przez ten czas, armia może się o nich upomnieć w każdej chwili. W tym czasie, każdy wyjazd poza miejsce zamieszkania podlega restrykcjom. Trzeba napisać podanie, po którego pozytywnym rozpatrzeniu otrzymuje się ewentualnie jednorazowe pozwolenie. Dokument ten jest sprawdzany w punktach kontrolnych na rogatkach miast. Po Erytrei mogą swobodnie poruszać się jedynie studenci i starcy.

Kolejka do autobusu


Dworzec autobusowy w Asmarze nie wygląda jak większość tego typu miejsc w Afryce. Choć z pozoru sprawia wrażenie chaotycznego, swojskiego miejsca, gdzie informacje o odjazdach wiszą gdzieś w powietrzu wraz z kurzem, chłopcy z taczkami przewożą z miejsca w miejsce tobołki a siedzenie w autobusie rezerwuje się czapką lub koszulą. Pomimo tego, pod tą warstwą jest zaprowadzony subtelny porządek.
Wczesne popołudnie, na dworcu panuje ruch większy niż zwykle, jest to bowiem pora, gdy z jakichś przyczyn ludzie chcą się bardziej przemieszczać niż rano, czy wieczorem. Może to wraca do domów prowincja po porannych zakupach, może miast przeczekać najgorętszą porę dnia gdzieś w cieniu, lepiej ten czas spędzić w autobusie?
W miejscu, skąd odjeżdżają autobusy do Massawy stoi z torbami kilkadziesiąt osób, staję między nimi, ktoś chwyta mnie za rękę, podchodzimy parę kroków. Nieznajomy pokazuje gestem rząd toreb, kamieni, pudełek. To kolejka. Szereg nie jest długi, jest tego raptem kilka metrów, ale gdy podjeżdża autobus okazuje się, że pomiędzy tym co widać poutykane są jeszcze mniejsze patyki, torebeczki, nawet puste pudełka po papierosach. Każdy przedmiot to jeden człowiek. Gdy podjeżdża autobus na początku tego węża tworzy się zamęt - to cwaniacy próbują wejść bez kolejki - szybko jednak znajdują się wśród oczekujących "porządkowi", którzy zaprowadzają ład. Autobus się napełnia, każdy chwyta za swój kamień przesuwając go do przodu. Mój plecak wyróżnia się w tej kolejce - leży w poprzek, duży i inny od całej reszty.
Załapałem się na trzeci autobus.

Miasto portowe


Morze Czerwone od wieków było ważnym szlakiem komunikacyjnym. Po otwarciu Kanału Sueskiego zyskało jeszcze bardziej na ważności. Tędy wiodą szlaki do Orientu, Zatoki Perskiej i dalej na wschód. Massawa, choć geograficznie mniej strategiczna, jak położone u wylotu cieśniny Bab al-Mandab Dżibuti, nadal pozostaje ważnym portem.
Jak każde miasto portowe, jest to miejsce, przez które przewija się smagana słonym, morskim wiatrem brać marynarzy. Wieczorem, gdy upał dnia przemija, ciekawa, kolorowa gromada ludzi wylega na ulice, szukając ochłody, nocnych wrażeń, bądź to zwykłej przyjemności płynącej z nocnego spaceru. Wprawne oko dostrzeże niewysokich wzrostem Jemeńczyków, którym niedaleko tutaj z Półwyspu Arabskiego, są też Saudyjczycy, Egipcjanie, jak również miejscowi Afarowie.
Dobiega północ, kończy się kolejne piwo, pusta butelka stoi w kałuży skroplonej wody. Plac naprzeciw hotelu Massawa, na którym koncentruje się nocny zgiełk, nadal tętni życiem. Z głębi podwórzy i nocnych klubów dobiega głośna muzyka, Hindusi wciąż doglądają interesu w otwartych sklepach, kilkuletni chłopiec próbuje sprzedać mi papierosy, można kupić całą paczkę albo na sztuki. Z piętrowej kamienicy naprzeciw, jak ptaki z dziupli, wyglądają wyzywająco ubrane dziewczęta. Biali marynarze, swojsko zaciągający po słowiańsku, upodobali sobie to miejsce. Gibające się od nadmiaru alkoholu sylwetki podchodzą, rozmawiają, po czym odchodzą, a za nimi wyglądające na nastolatki dziewczę.

Jemen

Czas na czat


Czat, używka charakterystyczna dla regionu Rogu Afryki, jest w Jemenie popularna, niczym w Europie papierosy. Ni to drzewo, ni to krzew, uprawiany jest na olbrzymią skalę nie tylko w Jemenie, lecz również na innych urodzajnych terenach, gdzie wyparł inne uprawy, między innymi kawę. Czat dostarcza bowiem dużo większych dochodów a zapotrzebowanie nań nie maleje.
Z niewielkiego drzewka zbiera się gałązki z listkami, które spożywane są natychmiast po zerwaniu. Czat bardzo szybko traci swoje właściwości, więc sprawna dystrybucja jest niezwykle ważna - konsumenci cenią sobie tą używkę również z dala od wyżyn, gdzie warunki do uprawy są najlepsze, ale również na wybrzeżu i daleko w interiorze pustyni. Za czasów wojen o Ogaden (terytorium sporne Somalii i Etiopii), obie strony skrupulatnie przestrzegały zawieszenia broni o ściśle określonej, popołudniowej godzinie, gdy leciwy samolot DC-9, ze świeżym zbiorem, zaopatrywał strony konfliktu w czat. Jest wojna i są sprawy większej wagi.
Pierwszy raz spotkałem się z tym lekkim stymulantem w Etiopii. Nauczyłem się wtedy podstaw: przed włożeniem do ust, listek odrywa się od gałązki, ocenia jego jakość, oczyszcza palcami z kurzu. Następnie starannie go przeżuwając, przemieszcza się uzyskaną papkę pod policzek. Zgromadzony tam czat wydziela substancje aktywne, które działają pobudzająco. Popołudniowe znużenie ustępuje, horyzonty się poszerzają, życie staje się prostsze.
W Jemenie, tradycje żucia tej używki są bardzo silne. Wczesnym popołudniem, zaraz po obiedzie, jemeńczycy udają się na bazar po świeży towar, z którym za chwilę zasiądą wraz z przyjaciółmi na sesję żucia. Podczas tej ceremonii, policzki uczestników wydymają się do nienaturalnych rozmiarów (tylko z jednej strony), rozmowy się ożywiają, nie ma pośpiechu, nie ma problemów. Popijając od czasu do czaszu wodą dla zabicia cierpkiego, gorzkawego smaku, posiedzenia te trwają długo, nawet do wieczora.

Dżibuti

Gorączka


Wieczór niczego nie zapowiadał - powrót z lotniska, poszukiwania taniego hotelu, zimna Coca Cola w kałuży skroplonej wody. Wieczór jak inne, po kolejnym dniu spędzonym na pokonywaniu odległości. Pokój w hotelu, z hałaśliwym klimatyzatorem sterczącym ze środka ściany zamiast okna, oprócz tego urządzenia przypominał dziesiątki innych, które już widziałem.
Test na malarięObudziłem się w środku nocy. Było chłodno. Znalazłem światłem latarki wyłącznik klimatyzatora, który po chwili wyzionął ostatni chuch zimnego powietrza i zamilkł. Położyłem się z powrotem, jednak chłód jaki czułem był coraz większy, wręcz drżałem z zimna. Nie udało mi się już zasnąć na dłużej niż kwadrans, większość nocy przewracając się z boku na bok, przyklejony do przepoconej pościeli. Pot lał się bowiem ze mnie obficie. Gdy dotarłem do poranka, zwlókłszy nogi z łóżka stwierdziłem, że nie jest dobrze. Nadal się pociłem i czułem zimno, najprawdopodobniej miałem gorączkę. Łudziłem się, że po wyjściu na ulice będzie lepiej, poza tym chciałem zobaczyć Dżibuti, nie po to tu przyjechałem, by leżeć w zamknięciu czterech ścian.
Powłócząc nogami poszedłem w kierunku l'Escale, grobli sięgającej w głąb Zatoki Tadżury, gdzie cumują lokalne łódki. Po przejściu około kilometra byłem wyczerpany do stanu, w którym nie miałem już ochoty na nic, prócz położenia się gdziekolwiek. Wracając do hotelu wypiłem jeszcze, choć pić mi się nie chciało, butelkę wody. Byłem mocno osłabiony i poważnie obawiałem się, że jest to malaria.
Do południa leżałem w hotelu bez żadnego celu, jedyne czego potrzebowałem to nieruchome leżenie. Potrzebowałem również rozwiązania, co robić dalej? Odnalazłem w przewodniku adres doktora Guillarda, nie było to daleko, choć w tych okolicznościach nawet pół kilometra było wspinaczką.
W poczekalni znajdowało się trzech, wyglądających na zdrowych pacjentów. Przepuścili mnie jako pierwszego. Dr Patrick Guillard okazał się być średniego wieku Francuzem. Kwadratową francuszczyzną powiedziałem bonjour i grand fatigue, całą resztę tłumacząc rękoma. Jak można było przypuszczać, podejrzewał malarię. Testy krwi i moczu tego jednak nie potwierdziły, ponieważ jednak dzisiaj był dokładnie siódmy dzień od zjechania z wyżyn Erytrei na malaryczne niziny, jak twierdził doktor, testy mogą jeszcze nie działać (malaria rozwija się najwcześniej w siódmym dniu od zakażenia). Dostałem więc receptę na leki przeciwgorączkowe i pobudzające do życia oraz instrukcję, by wrócić na kolejny test, gdyby gorączka trwała dłużej niż pięć dni.
Resztę tego dnia spędziłem w wilgotnym prześcieradle (obfite pocenie nie ustępowało) oraz rozmyślaniach nad tym, co robić. W Dżibuti chciałem zobaczyć słone jeziora i jeszcze kilka miejsc, ale jak na razie oglądałem hotelowy sufit. Jeśli faktycznie zachorowałem na malarię, mój los był marny, dobrze chociaż, że byłem blisko cywilizacji i lotniska. Rozważałem wcześniejszy powrót do Polski.
Następnego dnia, choć nadal gorączkowałem, poczułem się trochę lepiej - zapewne dzięki lekom, którymi co sześć godzin faszerowałem żołądek. Wyszedłem na ulicę. Zmusiłem się, by coś zjeść - apetytu nie miałem bowiem wcale a każda łyżka ryżu była nieprzyjemnym wysiłkiem, jaki musiałem poświęcić na jej przełknięcie.
O dalszej jeździe do Somalilandu na razie nie myślałem, ciekawość zaprowadziła mnie jednak do odległej o kilka przecznic części miasta, gdzie gromadziły się samochody terenowe na somalijskich numerach. Jeden z nich, biała Toyota Land Cruiser, był już częściowo załadowany kubłami i kartonowymi pudełkami z towarem, obok kręciło się kilka osób. Ktoś zapytał mnie, czy chcę jechać do Somalilandu, samochód wyrusza wczesnym popołudniem, jutro o tej samej porze będziemy na miejscu. Nie myślałem długo. Nie wiem, czy w ogóle myślałem. Zapłaciłem pieniądze za przejazd i poszedłem po plecak.
Choroba, cokolwiek to było, trzymała mnie dokładnie pięć dni, po których, gdyby nie ustąpiła miałem powtórzyć testy. Pięć długich, nudnych dni na hotelowych łóżkach w Dżibuti i Hargheisie.

Ławeczka na granicy


Wiza Somalilandu Granica w Loyada, Dżibuti z Somalilandem, państwem nieistniejącym oficjalnie na żadnej mapie. Po odprawie dżibutańskiej, która wydaje się być powierzchowna, zdająca się mówić: "idź już sobie stąd", podchodzę do szlabanu, za którym zaczyna się Somaliland. Szlaban to właściwie przerzucony nad piaskiem drąg, który unosi się tylko wtedy, gdy na drugą stronę jedzie samochód. Jest to również symbol, gdyż po obu stronach drąga nie ma żadnego płotu i tylko czujne oko strażnika powoduje, że wszyscy podróżni idą w szeregu ścieżką, obok budki, w której kontrolowane są dokumenty.
Nie mam wizy. Mój paszport ląduje więc na biurku, sprawa musi poczekać. Tymczasem siadam na drewnianej ławeczce, tuż obok budki i szlabanu. Również obok stoi uzbrojony w kij strażnik, pilnuje by nikt się nie prześlizgnął bez kontroli. A pokusa jest duża, bo kontrola oznacza niemałą opłatę. Za chwilę kilka osób próbuje przedostać się nielegalnie obok budki, kilka metrów za moimi plecami. Strażnik unosi kij, krzyczy, tamci wracają. Jeden jednak nie rezygnuje, udaje, że już jest po wszystkim, że zapłacił myto i tylko przypadkiem tam stoi, w krzakach. Krzyk i uniesiony kij nie pomagają. Mężczyźni, ku ogólnej uciesze znudzonych podróżnych, chwytają się za bary i schodzą do parteru tarzając się w piasku na drodze. W sukurs przybiega kolega strażnika, okładając za chwilę kijem plecy podejrzanego. Sytuacja szybko zostaje opanowana.
Moja wiza jest już w paszporcie. Witamy w Somalilandzie!

Somaliland

Słowo Honoru


W cieniu drzewa, popijając mocną, miejscową herbatę, czekałem na samochód do Hargeisy. Tak jak w tę stronę, uzbieranie kompletu pasażerów osobowej Toyoty trwało około trzy godziny. Berbera, choć na mapie prezentuje się okazale, jest niewielkim portowym miastem o niskiej zabudowie, gdzie oprócz portu i bazaru wiele nie ma. Około południa znalazł się ostatni pasażer, pozostali nieśpiesznie opuścili cień kierując się w stronę samochodu. Ruszyliśmy w drogę.
Za miastem drogę przegradzał sznurek - prowizoryczny szlaban ustawiony przez policję. Policja to duże słowo, obsadę takiego punktu kontrolnego stanowił bowiem zwykle niegroźnie uzbrojony, ubrany po cywilnemu jegomość. Wywiązała się dyskusja - okazało się, że jako cudzoziemiec potrzebuję pozwolenia na wyjazd z miasta. Było to już bite dziesięć kilometrów od ostatnich zabudowań, kierowcy nie chciało się wracać, więc dyskusja była ożywiona. W końcu kobiety zostały w cieniu drzewa, do którego przywiązany był sznurek a myśmy zawrócili.
Komisariat policji w Berberze to duży parterowy budynek, ozdobiony przy wejściu dwiema, postawionymi na sztorc rakietami. Przyjął mnie komendant, usiadłem na drewnianym krześle obok innych, znudzonych brakiem roboty funkcjonariuszy. Komendant powoli przekartkował mój paszport, zapytując przy tym o samopoczucie i cel podróży. Za chwilę mogliśmy jechać dalej. Kierowca nalegał, by komendant wystawił jakiś dokument, lecz ten zapewnił, że jego słowo wystarczy.
Faktycznie, gdy znowu zatrzymaliśmy się przed przegradzającym drogę sznurkiem, choć policjant żądał papieru, wystarczyło słowo komendanta. Podobnie stało się na kolejnym przystanku - słowo widać ma tu większą wartość niż papier.

Dostawa towaru


Somaliland. Kraj, o którym mało kto wie - nie ma go na żadnej mapie, nie ma reprezentacji na olimpiadzie ani ambasady w Warszawie. Somalia? Nie, ten kraj też nie istnieje - przetrwał wprawdzie na mapach, ale jako niepodległe państwo jest poległą od kul kałasznikowa iluzją.
Somaliland - 500 szylingów Somaliland jednak istnieje - ma wytyczone granice, swój parlament, armię i policję. Ambasady Somalilandu, choć nie w Warszawie, wydają wizy. Kraj posiada również własną walutę - szylinga. Słaba gospodarka, nękana początkowo zakusami warlordów napędziła hiperinflację, przez którą szyling jest wart niewiele. I tak jest nieźle, w sąsiedniej Somalii pieniądze drukują miejscowi watażkowie oraz więksi biznesmeni, przez co pieniądz ten jest tam niewiele cenniejszy od papieru.
Centrum Hargeisy, stolicy Somalilandu. Na bazarze ruch niemrawy, jest wczesne popołudnie i kto nie musi nic robić siedzi gdzieś w cieniu. Tutaj mało kto coś musi. Przy ulicy siedzą kobiety, przed nimi solidne, pospawane ze stalowych prętów skrzynki z towarem. Powoli, tyłem podjeżdża samochód kombi. Powyjmowane ze środka fotele umożliwiają wygospodarowanie więcej miejsca na towar. Ten wypełnia bezładnie całą wolną przestrzeń. Kobieta z bazaru otwiera zamkniętą na kłódkę skrzynię, przyjmując kolejną dostawę towaru. Wkrótce, zielone pliki somalijskich szylingów, przerzucane jak ziemniaki, wypełniają skrzynię po brzegi. To popołudniowa dostawa towaru. Widać jest więcej punktów sprzedaży, gdyż samochód wypełniony banknotami odjeżdża niewiele lżejszy niż przyjechał.

Odwrót z Berbery


Berbera miała być ostatnim punktem wyprawy w Afryce, przed powrotem do Jemenu. Wyjątkowo liczyłem dni pozostałe do wyjazdu, gdyż ciągle przyjmowałem leki przeciwgorączkowe i wzmacniające - gorączka, którą przywiozłem z Dżibuti, choć mniejsza, nadal się utrzymywała, odbierając chęci do wychylania nosa z hotelowego pokoju.
Jeszcze w Adenie dowiedziałem się, że Berbera jest głównym portem, przez który Somaliland zaopatruje się w towary i skąd wysyła na Półwysep Arabski kozy. Liczyłem na to, że najdalej po kilku dniach czekania, znajdę statek płynący do Jemenu. Tymczasem już w taksówce z Hargeisy spotkałem człowieka, który zapewnił mnie, że jeszcze dzisiaj wsiądę na pokład statku płynącego do Al-Makha. Co więcej, informacje te wydawały się być pewne - jegomość, był bowiem pracującym na tym statku marynarzem.
Było gorące południe - środek dnia, gdy każdy chce być w domu. Wysiadłem z taksówki gdzieś pomiędzy parterowymi domkami Berbery - to małe miasteczko, wszędzie, nawet do portu jest blisko. Tam też, w towarzystwie świeżo poznanego przyjaciela, od razu skierowałem kroki. Po drodze wstąpiłem do biura Immigration, gdzie należy uzyskać pieczątkę zezwalającą na wyjazd z Somalilandu. Tutaj kazano mi czekać do osiemnastej, gdyż teraz i tak nic się nie załatwi a statek rzekomo ma odpłynąć dopiero w nocy.
Stawiłem się o wyznaczonej porze. Pracownicy biura leżeli jeszcze na leżakach, puste szklaneczki po herbacie obok czekały aż ktoś je sprzątnie. Po kwadransie znalazł się człowiek, z którym widziałem się wcześniej i od razu zabraliśmy się do roboty. Najpierw cofnęliśmy się do miasta, gdzie na zapleczu bazaru odwiedziliśmy kupca, właściciela sambuka, który ekspediował właśnie do Jemenu ładunek kóz. Łódka miała odpłynąć dziś lub jutro, lecz jej właściciel był mi niechętny - oprócz kóz, na pokładzie nie było wolnego miejsca i mimo zapewnienia, że przez te trzydzieści godzin mogę płynąć razem z nimi, do porozumienia nie doszliśmy. Nic straconego, wszak w porcie stał jeszcze statek, o którym dowiedziałem się rano w taksówce.
Gdy dotarliśmy do portu, było już ciemno. W okolicy kręciło się dużo ludzi; tutaj port jest czymś w rodzaju nocnego bazaru. Oświetlone lampami naftowymi kramy, pośród nich zasilany generatorem czarno-biały telewizor z gęstym tłumem osłupiałych widzów a na nabrzeżu Bilal - jemeński statek.
Bilal nie jest dużą jednostką, najwyżej pięćdziesiąt metrów długości. Kilku tragarzy wnosiło właśnie na pokład duże worki, przed trapem siedział na stołku kapitan. Podszedłem do niego uśmiechnięty, spodziewając się jemeńskiej gościnności. Tymczasem on, jak siedział z założonymi rękoma, tak siedzi. Wymieniliśmy kilka zwrotów grzecznościowych, po czym przystąpiłem do rzeczy. Na to, kapitan miał tylko jedną odpowiedź: A masz wizę Jemenu? Jak nie, to cię nie zabiorę. Nie pomogły tłumaczenia, że Polacy wizy kupują na granicy, i że mam zapewnienie ambasadora, że jest to możliwe w każdym porcie. Bez wizy ani rusz!

Air Force One


Spóźniony An-24 należący do Djibouti Airlines, ciągnąc za sobą smużkę spalin pojawił się już nad lotniskiem. Na płycie stał jeszcze Ił-18 Daallo Airlines a na niebie widniał ślad po towarowym Anie-12 linii Horn of Africa. Z tego Iła nie spuszczałem wzroku - latające muzeum - kto chce, może zjeść w takiej samej maszynie schabowego, zatrzymując się na trasie Warszawa-Katowice, przed Częstochową. Zanim odleciał, obserwowałem jak startują po kolei wszystkie cztery silniki. Potem, sprawiając wrażenie przeładowanego, samolot długo wznosił się w powietrze, nisko nad ziemią zostawiając gęste chmury dymu.
Somaliland - Il-18 Daallo Airlines Ilekroć lądował samolot, z kabiny pilotów wychodziło dwóch białych, właściwie różowych, pilotów. Tylko ci z samolotów pasażerskich trzymali fason, ubrani w czyste, białe koszule, na których chwilę po wyjściu z samolotu pojawiały się mokre plamy potu. Ci od cargo nie mieli takiego obowiązku, widać czuli się najlepiej w dresach i siatkowych koszulkach na ramiączkach. Gdy podeszli bliżej pozdrowiłem ich: zdrastwujtie!
Stałem na płycie lotniska, oddzielony od samolotów płotem. Była też poczekalnia, ale tam właśnie grupa około dwudziestu ubranych w białe szaty muzułman słuchała z uwagą kazania imama. Poza tym, tu było ciekawiej. Gdy strażnik pilnujący furtki otworzył ją, byłem pierwszy.
Obite skajem fotele, w każdym rzędzie po cztery - An-24 wygląda w środku jak syryjski autobus. Brakowało tylko jaskrawych ozdób z cytatami z Koranu lub zdjęciami Madonny. Były za to karaluchy. Kilka pierwszych rzędów, dzielących kabinę pasażerską od pilotów to luk bagażowy. Gdzieś tam leżał mój plecak, z wierzchu widziałem tylko czarne worki i powiązane sznurkiem pudła. Przez okno widziałem jak koła odrywają się od płyty lotniska i zaraz chowają się w podwoziu. Chwilę potem, przez krótki moment czułem niepokój - znad półek nad fotelami zaczyna ulatniać się dym, dużo dymu! Ale to tylko efekt włączonej klimatyzacji - "dym" spływa z całej długości kabiny, za chwilę zrobiło się chłodno. Lecę do Puntlandu.
Boosaaso, stolica regionu Puntland, była pierwszym przystankiem w drodze do Adenu, drugim będzie Dżibuti. Było to trochę nie po drodze, ale nie mam na to wpływu. Zniżając się do lądowania, widziałem szerokie plaże Oceanu Indyjskiego, przechodzące płynnie w trochę ciemniejszą barwą pustynie. Puste plaże, tylko sporadyczne, wyrzucone na brzeg wraki statków.
Przez okno znowu widziałem poruszające się podwozie, koła są coraz bliżej żwirowego lądowiska, za chwile go dotkną, samolot trochę podskakuje. Szkoda, że nie widzę tumanu kurzu, jaki wzbija się za nami w powietrze. Podczas postoju można wyjść na zewnątrz. Pod samolot podjeżdżają szybko dwie, wyładowane czarnymi workami furgonetki, kilku miejscowych już szykuje się do załadunku. Nie wiem, jak mają zamiar to wszystko zmieścić - wątpliwości rozwiewa kapitan, zabraniając załadunku w ogóle - This is not An-12, this is An-24 - krzyczy.
Gdy ci od czarnych worków odjeżdżają, pojawia się nowy transport. Terenowa Toyota, wyposażona w zamontowany z tyłu, na trójnogu, ciężki, automatyczny karabin. Z jej środka wyskoczyło kilku mężczyzn. Wyglądali podobnie - w rękach karabiny maszynowe a na plecach taśmy z nabojami do nich, każdy z nich miał dwie takie taśmy, tworzące na plecach literę "X". To nie oni jednak mieli lecieć, z kolejnego auta wyszedł niski jegomość w okularach i z laską w ręku, otoczony tymi z "X" na plecach. Od razu poszli do samolotu, zajmując trzy ostatnie rzędy, w tym miejsce, na którym siedziałem. Nie było jednak wyboru, kto by się sprzeczał wobec takiego arsenału broni. Poza tym, wielka to rzadkość, lecieć razem z prezydentem.
<<< Wstęp
Informacje >>>