Yaho de VilleYaho de Ville AfrykaWyprawy AparatZdjęcia ListNewsy KsiążkaKsiążki CDMuzyka PlecakPlecak komarMalaria ForumForum iLinki SamolotTorebki AutorKontakt

Notatnik

Kamerun: Nauka jazdy

Kamerun

Nauka jazdy

O zakupie motocykla myślałem już na kilka miesięcy przed wyjazdem do Afryki. Ciepły koniec lata rozbudził we mnie nostalgię do tego środka transportu. Wolność, pęd powietrza, przygoda określały moją definicję motocykla i choć nigdy motocyklem nie jeździłem wydawało mi się, że to taki rower z silnikiem. A rowerem jeżdżę dobrze.

Nie jest prawdą, że nigdy wcześniej nie jeździłem motocyklem. Mam nawet odpowiednią kategorię prawa jazdy. Motocyklem jeździłem jednak tylko na kursie na prawo jazdy. Jeśli ktoś pamięta, jak to się odbywało na początku lat 90-tych, być może wie o co chodzi. Podczas nauki jazdy jedyne co musiałem umieć to włączyć pierwszy bieg i przejechać kółko na placu. Nigdy nie wyjechałem motocyklem na ulicę, ani nie wrzucałem innego biegu niż jedynka. Dodam jeszcze, że koledzy, którzy w tym czasie zdobyli prawo jazdy na ciągnik nie jeździli nim wcale - ani podczas kursu, ani na egzaminie (była zima, silnik nie odpalił i egzaminatorzy machnęli ręką mówiąc: „jak kilka razy nie rozwalicie drzwi do stodoły to i tak nigdy się nie nauczycie jeździć”).

Gdy w Yaounde wsiadałem na motocykl po raz pierwszy, okazało się, że silnik to nie jedyna różnica między rowerem a motocyklem. Najbardziej obawiałem się skrzyni biegów, gdyż do tej pory potrafiłem tylko wrzucić jedynkę. Mały wskaźnik wyświetlający aktualny bieg znacznie jednak ułatwiał kontrolę przełożenia. Dużo trudniejsze było opanowanie masy motocykla, bo chociaż względnie nieduża (około 150 kg z pełnym bakiem), to jednak dużo większa od roweru i jej prowadzenie wymagało innych umiejętności. Trzecim problemem był hamulec ręczny. Używając go niemal zawsze jednocześnie przekręcałem manetkę gazu powodując wycie silnika - efekt zaskakiwał nie tylko mnie, ale również obsługę na stacjach paliw oraz żołnierzy na punktach kontrolnych.

Początki były obiecujące. Sunąłem powoli szosą nie przekraczając 60 kilometrów na godzinę. Ruch niewielki, ćwiczyłem zmiany biegów, reakcje maszyny na ruchy kierownicą i hamulców. Jak do tej pory było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Byłem tak entuzjastycznie nastawiony do jazdy motocyklem, że podśpiewywałem sobie od czasu do czasu pod kaskiem - gdyby nie owiewka, na odsłoniętych spod uśmiechu zębach zbierałbym pewnie muchy i inne egzotyczne owady. Drugiego dnia zjechałem z asfaltu na lateryt, typową afrykańską drogę o rdzawym kolorze, rozmytą wzdłuż i w poprzek po deszczach. Droga niemal sielankowa - poza mną nikogo, po obu stronach gęste, tropikalne chaszcze i las, w kilku małych wioskach uśmiechnięci ludzie. Co jakiś czas drogę przecinały strumienie, ponad którymi przerzucono drewniane kładki. Dopiero za kilka dni na jednej z nich przednie koło wpadnie mi pomiędzy deski i wywrócę się tłukąc licznik. Tego dnia jedyną ofiarą moich kiepskich umiejętności była koza. W jednej z wiosek drogę przechodziło zwierzę z małymi - wszystkie małe kózki zdążyły przejść, poza ostatnią. Nie potrafiłem odpowiednio zareagować, jedyne co mi przyszło do głowy to położenie motocykla na boku, ale wybrałem inne rozwiązanie.

Naprawa dętki

Trzeciego dnia poczułem się już trochę pewniej. Za mną kilkaset kilometrów na asfalcie i w terenie. Jadąc przez duże miasto postanowiłem wpaść na bazar po klucz siedemnastkę, potrzebny do odkręcenia tylnego koła. Idąc za radą miejscowych dojechałem do ronda, za którym miałem znaleźć ludzi sprzedających narzędzia. Był ranek, sam środek bazaru, więc ruch spory, ale powoli przemieszczałem się do przodu. Niestety w tym zaułku narzędzi nie było. Przeciętnie sprawny motocyklista wykonałby zapewne ten manewr płynnie i szybko, mi natomiast zawrócenie motocykla w wąskiej drodze sprawiło trudność. Postawiłem maszynę w poprzek drogi, zamierzając odepchnąć się nogami do tyłu i za następnym razem dokończyć manewr. Niestety, wyjeżdżający z ronda motocyklista przecenił moje umiejętności - gdy sam to zauważył było za późno na bezpieczne hamowanie, położył więc motocykl na boku sunąc się po asfalcie w moją stronę. Ciągle stojąc na środku drogi miałem przed sobą wywrócony motocykl, żwawo gestykulującego właściciela oraz jego pasażera, który pomimo obdartego do krwi łokcia milczał, nie okazując żadnych emocji. Nieźle, zwłaszcza że był to środek bazaru i w ułamku sekundy zgromadził się wokół gęsty tłum gapiów.

Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy nie była optymistyczna - biały w tłumie czarnych, jeśli mnie nie zlinczują, to przynajmniej zedrą ostatni grosz tytułem zadośćuczynienia. Jeśli jeszcze pojawiłaby się policja, zapłaciłbym podwójnie. Ku mojemu zaskoczeniu, gapiowie stanęli w mojej obronie twierdząc, że tamten jechał za szybko i że wina leży tylko po jego stronie. Tłum gęstniał, nie za bardzo wiedząc jak postąpić postanowiłem po prostu odjechać. Powoli opuściłem zbiegowisko, przejechałem rondo i z drżącymi nogami zacząłem jechać w swoją stronę.

Nie ujechałem pół kilometra, gdy obok mnie pojawił się poszkodowany motocyklista. Po chwili jechałem już w towarzystwie czterech kolegów, gestami nakazujących mi zatrzymanie się. Tak łatwo, to mi nie pójdzie - pomyślałem - teraz to na pewno im nie ucieknę, jak zatrzymają mnie poza zasięgiem wzroku innych ludzi to być może dostanę po gębie. Zatrzymałem motocykl. Motocykliści zaraz mnie obstąpili a główny bohater wskazując na jedno z tysiąca zadrapań na jego maszynie domagał się pieniędzy na naprawę. Głupio sądząc, że tym razem zadziała, wydukałem więcej niż łamaną francuszczyzną, że to jego wina, bo jechał za szybko. Ponieważ i tym razem nie udało mi się go przekonać, wrzuciłem jedynkę i ruszyłem do przodu. Zaraz zauważyłem jednak, że coś się stało z moim motocyklem. Stracił moc, słabo reagował na odkręcanie manetki gazu. Obejrzałem się do tyłu. Do bagażnika uczepiło się trzech kolegów, których ciągnąłem na butach po asfalcie.

Zatrzymałem się. Nagabywania o odszkodowanie stawały się coraz bardziej agresywne. Przypomniałem sobie, że w kieszeni koszuli mam jakieś drobne. Wyciągnąłem dwa banknoty, każdy po tysiąc franków (w sumie równowartość około 12 złotych). Motocyklista schował je do kieszeni, problem rozwiązany. Mogłem jechać dalej.


<<< Informacje
Galeria >>>