Szymon Chodak okiem socjologa przygląda się zmianom, jakie zachodzą na „czarnym” lądzie - zmianom na płaszczyźnie społecznej, politycznej i ekonomicznej. Książka została wydana w 1968 roku, są to zatem zmiany, jakie zachodziły w Afryce subsaharyjskiej w ważnym dla niej momencie czasu - tuż po uzyskaniu niepodległości. Jest to również okres Polski Ludowej, co rzutuje na charakterystyczny dla tego okresu punkt widzenia.
Autor podzielił książkę na trzy części. W pierwszej przedstawia Afrykę „dnia wczorajszego”, dawną organizację społeczeństw, zanim pojawili się kolonizatorzy. Jest to najlepsza część książki, ale też i najobszerniej opisana w innych opracowaniach. W drugiej części opisuje sam proces zmian, jaki nastąpił podczas konfrontacji tradycji z nowoczesną ideą państwowości. W ostatnim, podsumowującym rozdziale, Szymon Chodak snuje przypuszczenia, jaką drogą Afryka pójdzie.
W dwóch ostatnich częściach książki przejawiają się pierwiastki ideologiczne klas społecznych - jedni potraktują to jako specyficzny punkt widzenia, inni spalą książkę na stosie.
Alfred Hutchinson był południowoafrykańskim działaczem Afrykańskiego Kongresu Narodowego ANC. Prześladowany przez system apartheidu, oskarżony o zdradę stanu zdecydował się na ucieczkę z ojczyzny.
Hutchinson rozpoczyna swą opowieść około roku 1957, gdy niemal wszyscy członkowie ANC, włączając Nelsona Mandelę, przebywali w areszcie w trakcie procesu. Przy okazji odzyskania wolności autor postanawia opuścić kraj, wyjechać do Ghany. Bez legalnych dokumentów, z niewielką sumą pieniędzy w kieszeni, Hutchinson jedzie na północ. Podróżuje w ciągłej obawie przed zdemaskowaniem i deportacją, przez Federację Rodezji i Niasy, Mozambik, Tanganikę. Spotyka ludzi, którzy podróżują tak jak on, ludzi wracających z pracy w kopalniach, emigrantów. Ciągła ucieczka, strach i związane z nimi emocji stanowią esencję „Ucieczki do Ghany” - z przekazywaniem tej atmosfery czytelnikom autor radzi sobie całkiem dobrze. Niestety, sama treść jest trochę nudnawa. Moim zdaniem zabrakło głębszej refleksji, być może spojrzenia na tą podróż trochę z boku. Sam opis przebytej drogi to za mało.
Na początku trzeba zaznaczyć, że książka jest fikcją literacką, której nie należy mylić z oryginalnym dziełem Leo Africanusa. Książka Amina Maaloufa udaje biografię podróżnika, Leona Afrykańskiego, napisaną w pierwszej osobie, w której bohater opisuje dzieje swojego, bogatego w przygody, życia.
Mimo, że mamy tu do czynienia z fantazją autora, nie jest ona całkowicie wyssana z palca. Akcja książki obraca się wokół prawdziwych losów Leona (jeśli uznać za prawdziwe to, co sam Leon Afrykański napisał). W kolejnych rozdziałach poznajemy kolejne lata życia Africanusa, począwszy od lat młodości w Grenadzie, poprzez lata podróży, aż po uwięzienie i pobyt u boku papieża Leona X.
Przyznaję, że początki lektury były trudne - przeszkadzało mi to, że mam do czynienia z fikcją. Po kilku pierwszych rozdziałach zmieniłem zdanie i przekonałem się do tej ksiązki, gdyż jest to po prostu dobra literatura. Tym bardziej, że oryginalne dzieło Africanusa nie doczekało się jeszcze polskiego tłumaczenia.
„Samolot i perły” to w pewnym sensie autobiografia. Jean-Claude Brouillet opisuje większą część swego życia, zaczynając od lat młodzieńczych i francuskiego ruchu oporu aż do życia hodowcy pereł na wyspach Polinezji Francuskiej. Pomiędzy tymi dwoma etapami (z mojego punktu widzenia mniej interesującymi) autor realizował swoje marzenia w Gabonie. Okresowi temu poświęca najwięcej kart książki.
Brouillet trafia do Afryki zaraz po wojnie. Gabon był w tym czasie częścią Francuskiej Afryki Równikowej, w której główną działalnością kolonistów był wyrąb lasów a Libreville było małym miasteczkiem - tak przynajmniej kraj ten w książce jest przedstawiony. Autor z determinacją, zaczynając niemal od zera, tworzy pierwszą w kraju linię lotniczą. Jak mu poszło nie będę zdradzał. Powiem tylko, że jest to ciekawy splot wydarzeń i zbiegów okoliczności.
Jak wspomniałem, jest to niemal autobiografia. Nie jest nią jednak wcale. Brouillet systematycznie omija wątki dotykające jego relacji osobistych. Z książki nie dowiemy się z kim (poza relacjami biznesowymi) się spotyka, jak mu się układa życie poza płytą lotniska. Odniosłem wrażenie, że autor nie ma innego życia, niż to związane z realizowaniem swoich projektów. Gdyby Brouillet dopełnił książkę brakującą tkanką, byłaby być dużo lepsza.
Zagadki Maroka to książka powstała z fascynacji. Jean Mazel poddał się urokowi kraju, w którym spędził kilkanaście lat - widać to wyraźnie w tej książce, którą chciał zapewne przekonać innych do niezwykłego miejsca, jakim jest Maroko. W kolejnych rozdziałach, autor przedstawia tytułowe zagadki, które sprawiają, że Maroko jest również tajemnicze. Konwencja ciekawa, ale książce czegoś jednak zabrakło.
Wybór „zagadek” z jednej strony sprawia wrażenie przypadkowości, z drugiej wydaje się być wyborem z przymusu. Niepotrzebnie również, moim zdaniem, autor pomieszał zagadnienia naukowe z fantastyką naukową (vide rozdział poświęcony rzekomej lokalizacji Atlantydy). Poza tym, książkę czyta się po prostu trudno. Jean Mazel zachłysnął się Marokiem, ale to za mało, by napisać dobrą książkę.