Pod koniec lat osiemdziesiątych w Libii przebywało około czternastu tysięcy Polaków. Nie byli to turyści, lecz przebywający na zaproszenie Kadafiego lekarze, inżynierowie oraz inni specjaliści. Libia, do niedawna jeden z najbardziej zacofanych krajów świata, realizowała napędzany petrodolarami program rozwoju a miejscowych fachowców nie było.
Jerzy Samusik był jednym z przebywających w Libii Polaków, poza pracą zawodową zajął się opisaniem kraju, w którym pracował. Tak powstało „Trypoliskie ABC” - po części przewodnik po ciekawych miejscach, po części przekrój przez kulturę i historię Libii od czasów starożytnych po czasy „zielonej rewolucji”, które to wydarzenie autor szczególnie akcentuje. Książka nie jest specjalnie pasjonującą lekturą; raczej wstępem do dalszego poznawania tego kraju
Dlaczego Afrykanie dążą do niepodległości? Rok 1960, gdy Jack Woddis pisał tę książkę był czasem przełomu, gdy Afryka po okresie kolonializmu coraz głośniej i skuteczniej domagała się samostanowienia. Dlaczego właśnie wtedy i jakie były przyczyny, korzenie buntu?
Autor upatruje źródeł w zmianach, które kolonializm wprowadził w obowiązujące od wieków zasady funkcjonowania lokalnych społeczności. Te najistotniejsze to wprowadzenie prywatnej własności ziemi (do tej pory ziemia w Afryce była własnością plemienia czy klanu, a nie jednej osoby) oraz podatków pieniężnych (wcześniej trybut świadczyło się pracą lub towarami). Te z kolei zmusiły Afrykanina do pracy najemnej i migracji za pracą do ośrodków miejskich. Stąd już blisko do klasy robotniczej i proletariatu, co Woddis sprytnie łączy z Marksem i Leninem. Połączeniu temu brakuje jednak obiektywizmu. Wyraźnie widać lewicowe, niemal rewolucyjne poglądy autora, przez co cała książka traci, oddalając się od literatury faktu w kierunku manifestu i wezwania do walki. Myślę, że ta książka jest już po prostu przeterminowana.
Książka została wydana w 1980 roku, a więc już dwadzieścia lat po uzyskaniu przez Nigerię niepodległości i jakiś czas po odkryciu ropy naftowej. Książka opowiada o pomyślnych perspektywach rozwoju gospodarczego oraz próbach spojenia w jedno iskrzącej konfliktami etnicznymi i religijnymi nigeryjskiej społeczności. Tak się złożyło, że połowę tej książki przeczytałem tuż przed moim wyjazdem do Nigerii i dokończyłem lekturę po powrocie.
Skąd autor czerpał optymizm? Nie wiem. Chyba trochę z retoryki przywódców partyjnych lat 70-tych w Polsce (Śliwka-Szczerbic był członkiem pierwszej polskiej misji oficjalnej do Nigerii). W Nigerii pomimo, że problemy są, rząd ma przygotowany plan pięcioletni - panaceum, po zażyciu którego nastanie pokój i dobrobyt. Z zaciekawieniem czytałem więc o zatwierdzonych planach wybudowania „transsaharyjskiej magistrali” Algier-Kano-Lagos, której otwarcie było zaplanowane na lata 80-te. Gdy po przerwie kończyłem lekturę książki, doświadczony już miejscową rzeczywistością, przy czytaniu podobnych nowin, trudno było mi się czasami powstrzymać od śmiechu (np. był plan, by w latach 80-tych zelektryfikować wszystkie wsie, podczas gdy nawet dzisiaj w największym mieście Lagos dostęp do energii elektrycznej mają tylko nieliczni i to przez kilka godzin na dobę). Można by podsumować, że „Świt nad Nigrem” to historia planu dziesięcioletniego, który nigdy nie został zrealizowany.
Sięgając po tę książkę sądziłem, że będę miał do czynienia z nudnym wywodem, kolejną „cegłą” traktującą historię ściśle naukowo. Gdybym przeczytał jednak do końca tytuł zamiast wydawać osądy z uwagi na to, co napisano wielkimi literami, moje uprzedzenie byłoby pewnie mniejsze - „Afryka północna i zachodnia w relacjach z XVIII i XIX wieku”.
Książka jest zbiorem krótkich relacji (każda z nich ma maksymalnie do kilku stron), opatrzonych komentarzami autorów (współautorem jest Jan Milewski). Zgodnie z tytułem są to relacje podróżników i odkrywców, którzy jako pierwsi przybyli na czarny ląd; w czasach, gdy pod słowem „kolonializm” kryło się zaledwie kilka faktorii na wybrzeżu Atlantyku a biały człowiek nie zapuszczał się zwykle dalej w głąb lądu niż na odległość armatniego strzału. Wśród autorów relacji znajdziemy zatem takie sławy jak Mungo Park (odkrył, że Niger płynie w kierunku wschodnim, a nie zachodnim, jak sądzono), Heinrich Barth (autor wielu pierwszych map Sudanu Zachodniego, który przez Saharę dotarł do Czadu); René Caillié (pierwszy biały, który jako „przebrany” muzułmanin wrócił żywy z Timbuktu).
Reasumując, po przeczytaniu tej pozycji, uważam, że stanowi ona podstawową lekturę dla każdego średnio zaawansowanego afrykanisty.
Niewielka książeczka (gdyby usunąć umieszczone co drugą stronę niewiele wnoszące do tematu ilustracje, objętością pasowałaby raczej do publikacji w periodyku a nie książki). Zajączkowski przybliża niewtajemniczonemu czytelnikowi wiedzę na temat religii rodzimych Afryki, systemów wierzeń w latach, zanim na Czarny Ląd dotarli misjonarze i wyznawcy islamu. Autor porusza się głównie po terenie Afryki Zachodniej, wyjątkowo tylko sięgając po przykłady z innych części kontynentu.
Przy tak małej objętości książki nasuwa się pytanie - do kogo ona jest adresowana? Moim zdaniem zainteresowany czytelnik będzie czuł niedosyt, zaś laik nie sięgnie po tę książkę wcale. Może w 1965 roku, gdy „Pierwotne religie czarnej Afryki” pojawiły się na rynku, była to lektura obowiązkowa na poziomie szkoły średniej?