Ta książka mnie urzekła. Nie od razu jednak. Zanim wciągnąłem się w losy bohaterów na tyle, by po odłóżeniu lektury, wyobraźnia była w niej nadal, musiałem przebrnąć przez kilka pierwszych, trudnych rozdziałów. Skąd ta trudność? Sposób pisania kenijskiego autora jest na początku „ciężkostrawny”, inny od stylu pisarzy europejskich, być może zaś normalny dla literatury afrykańskiej. James Ngugi nie dba bowiem o chronologię, śledzimy wydarzenia w starannie dawkowany przez autora sposób. Również przekaz osobowy nie jest jednolity - raz poznajemy bezpośrednie myśli bohaterów, innym razem odbywa się to przy pomocy bezstronnego narratora. Utrudnieniem jest także trudne do zapamiętania nazewnictwo; egzotyczne miejscowości i imiona bohaterów. Tak jest do momentu, w którym odkrywamy istotę lektury; wtedy książka zaczyna pochłaniać nas bez reszty i łatwo stracić poczucie czasu, gdy się ją czyta.
Akcja powieści toczy się na przestrzeni kilku lat niedaleko od Nairobi. Są lata 50-te. Treść wydarzeń nie wychodzi poza kilka małych wsi środkowej Kenii. Fabuła tak wciąga czytelnika, że czuje się on jak jeden z mieszkańców tych kenijskich wsi, całkowicie wciągnięty w ich rytm, obserwując bieg wydarzeń i niemal w nich uczestnicząc. Bohaterowie „Ziarna pszenicznego” uwikłani są w ruch wyzwoleńczy Mau Mau; zaprzątają ich także zwykłe ludzkie sprawy i emocje. Autor wspaniale połączył wątki historyczny z obyczajowym. Miałem wrażenie, że czytam dzieło Tołstoja. Myślę, że tak właśnie pisałby Tołstoj, gdyby dane mu było opisywać życie w Afryce.
Podtytuł „Konflikt włosko-etiopski 1935-1936” wyjaśnia związek książki z Afryką. Kilka lat przed wybuchem drugiej wojny światowej faszystowskie Włochy realizowały ambicje kolonialne prowadząc ekspansję terytorialną z terenów dzisiejszej Erytrei i Somalii. Był to również czas pierwszych lat działalności Ligi Narodów, powstałej po zakończeniu I wojny światowej. Jej głównym celem było zapobieganie wybuchom konfliktów na podobną skalę. Kolektywne bezpieczeństwo gwarantował pakt, zgodnie z którym napad na którykolwiek kraj członkowski Ligi był jednoznaczny z wypowiedzeniem wojny pozostałym jej członkom. Etiopia była jednym z nich; włoska agresja w Abisynii miała być próbą sił wielkich mocarstw i sprawdzianem dla Ligi Narodów.
Bartnicki opisuje proces polityczny bezpośrednio przed, w trakcie i zaraz po włoskiej inwazji w Afryce. Jest to jednak głównie zapis dyplomatycznych zabiegów, przemówień europejskich przywódców i zakulisowych rozgrywek polityków. Etiopia, choć o jej los chodzi, pozostawiona jest na uboczu, o jej losie decydował kto inny. Było to zresztą bardzo bliskie prawdy.
Muzungu oznacza w języku ludów suahili „biały człowiek”. Każdy kto był w Afryce Wschodniej - Kenii, Ugandzie czy Tanzanii pamięta zapewne dobrze to słowo, wiele razy słyszane od spotkanych przypadkowo ludzi, zwłaszcza dzieci. Daniel Topolski, autor książki jest właśnie takim "białym człowiekiem".
Swoją przygodę rozpoczyna w latach 70-tych w Egipcie, skąd wzdłuż Nilu, przez Sudan Południowy i Tanzanię dociera do Wodospadów Wiktorii w Zambii. Jak sam pisze we wstępie: „w ciągu sześciu miesięcy podróży po Afryce zaledwie osiem czy dziewięć razy płaciłem za nocleg. Zazwyczaj spałem wtedy za barem, w najtańszych pokojach domów publicznych. Poza tym, chcąc nie chcąc, sypiałem na podłogach, matach, pod strzechą chat najbiedniejszych, a zarazem najbardziej szczodrych mieszkańców Afryki - ludzi ze wsi”. Nawet jeśli Topolski czasami nieco przesadza w koloryzowaniu przygód (co bywalec kilku opisywanych przez niego miejsc rozpozna od razu) można mu to wybaczyć, ponieważ relacja, którą nam pozostawił, jest wspaniałym opisem afrykańskich realiów i doświadczeń zebranych podczas drogi przed siebie w rytmie szumu sawanny i tropikalnego deszczu.
Akcja książki toczy się w pierwszej połowie XIX wieku; Afryka budzi się z kolonializmu, kształtują się ruchy narodowościowe, powstają niepodległe państwa. W słownikach pojawiają się dwa nowe słowa - panafrykanizm i négritude. Wydana w 1965 roku książka opisuje ten ciekawy, jeszcze wtedy nie zamknięty okres w historii Afryki. Chałasińscy (współautorką jest Krystyna Chałasińska) próbują przybliżyć ówczesną Afrykę, głównie poprzez sylwetki przywódców - Nkrumaha, Kenyatty, Nyerere i innych.
Niestety, oprócz dwóch pierwszych rozdziałów, z których pierwszy ogólnie traktuje o postrzeganiu Afryki przez Europę a drugi przedstawia dorobek kulturalny Czarnego Lądu, książka jest nudna. Całe, rozległe jak afrykańska równina rozdziały poświęcone są genezie pierwszych afrykańskich partii politycznych, ich ewolucji oraz zmianom na kluczowych stanowiskach. Szczegółowo poznajemy również życiorysy postaci wymienionych wcześniej przywódców. Książka może być dobrym źródłem dla kogoś, komu te szczegóły są do czegoś potrzebne, w przypadku zwykłego czytelnika, mogą być jednak trudną przeszkodą w kontynuacji lektury.
Zmierzyć się z „Pożegnaniem z Afryką” Karen Blixen nie jest łatwo. Bo przecież to ważna książka i ważna postać. Mówiąc o tej książce mamy ponadto przed oczyma film z Meryl Streep, Robertem Redfordem i romantycznymi obrazami sawanny. Film swoją drogą bardzo dobry.
Książka jest jednak inna. Przede wszystkim mamy do czynienia ze zbiorem opowiastek zebranych wokół wspólnego mianownika, jaką jest farma Ngong. Wątek filmowej miłości pojawia się gdzieś w tle, wypływa w jednym z opowiadań pod koniec książki i zaraz znika. Głównie snujemy się wokół spraw związanych z farmą, ludzi, którzy na niej pracują, krajobrazów oraz zwierząt. Przypomnijmy, że akcja dzieje się w Kenii początku XX wieku, na farmie w pobliżu Nairobi a pożegnanie z Afryką wynika z niepowodzeń finansowych przedsięwzięcia (farma plajtuje a autorka wraca do Europy).
Wydaje mi się, że zachwyty nad tą książką są przesadzone i dotyczą raczej filmu, który jednak niewiele ma z nią wspólnego.
P.s. Przestrzegam przed tłumaczeniem Józefa Giebułtowicza. Niektóre z jego błędów mogą wprawić w zdumienie.