Yaho de VilleYaho de Ville AfrykaWyprawy AparatZdjęcia ListNewsy KsiążkaKsiążki CDMuzyka PlecakPlecak komarMalaria ForumForum iLinki SamolotTorebki AutorKontakt

Notatnik

Obawa Ghana: Msza Granice Repelent 7 listopad 2001 Transport do Togo Togo: Śpiew w deszczu Droga do Lomé Benin: Stacja benzynowa Ganivé Ryzykowna jazda Niger: Na północ od rzeki Kozy Stosik zapałek Afrykańczyk w kuckach Samotne podróżowanie Gdzie się zaczyna Sahara? Wadata Autogare, Niamey Jedna podróż minibusem Anthony Dwaj goście Perła Mercedesem przez Saharę Niewolnicy XXI wieku Czad: Pikap do Czadu Posterunek w Nokou Muchy Żegluga przez Saharę Parada Ramadan Przepis na koktail Paryż

Obawa

Obawa przed wyjazdem jest nieodłącznym jego elementem. Obawa tym się różni od strachu, że nie można zidentyfikować jej konkretnego źródła. No bo czego tu się bać? Terroryści, oszuści, wypadki. Ale jacy terroryści, jakie wypadki? Konkretnie?
Gdy tylko wychodzę z plecakiem z domu, wszystko mija. Skomplikowana operacja logistyczna, jaką jest wyprawa, rozkłada się bowiem na poszczególne elementy. Nie ma czasu gdybać nad tym, co będzie jutro. Trzeba znaleźć transport, namierzyć hotel, wymienić pieniądze. Trzeba zrobić to już i teraz. Wszystkie te elementy układają się jak puzzle w jedną całość i gdy patrzę teraz wstecz, jedyne co widzę to czas, a właściwie jego brak; wydaje mi się, że nigdzie nie byłem a ten miesiąc gdzieś zniknął, tak jakby go wcale nie było.

Ghana

Msza

Niedzielny poranek w Akrze. Odświętnie ubrani ludzie zmierzają małymi grupkami do kościołów. Ponad połowa mieszkańców Ghany to chrześcijanie.
Kościół Prezbiteriański Wniebowstąpienia. Wnętrze świątyni podzielone jest na kilka stref. Na szerokiej ławie, przodem do wiernych siedzą zaproszeni goście, z prawej strony zajął miejsce kobiecy chór, obok znajduje się orkiestra. Jest perkusja, gitara basowa i sekcja dęta. Wierni zostali podzieleni według dnia tygodnia, w którym się urodzili. Siedzę w grupie "Saturday". Prowadzący ceremonię występuje przed wiernymi z mikrofonem, zapowiada kolejne punkty programu. A więc najpierw mamy "Harvest Song" - orkiestra buchnęła mieszaniną jazzu zaprawionego afrykańską nutą, cały kościół wibruje, ruszył z miejsc, tańczy, korowody roztańczonych wiernych wirują między ławami. Gospel to przy tym poezja śpiewana.
Następnie mamy wezwanie do ofiar. Skromny datek to za mało. Mistrz ceremonii nawołuje, by oddać wszystkie pieniądze, jakie wierni mają przy sobie. Wywiązuje się rywalizacja pomiędzy grupami urodzonych w różne dni tygodnia - na koniec następuje podliczenie grup (każda wrzucała ofiary do oddzielnej, oznaczonej miednicy), milion, dwa miliony, trzy.
Po kolejnych "songach" nadchodzi kulminacja ceremonii - licytacja. Licytowane są na początku cztery kokosy, idą za 200 tysięcy. Drewniane stołki, symbole królewskie, zostają sprzedane za ponad milion cedi, wygrywający zostaje pasowany na Króla Roku. Na koniec, prowadzący upomina, że wie, iż niektórzy wyjdą nie oddawszy wszystkich pieniędzy na tak ważną sprawę, jaką jest Kościół.

Granice

Czytam "Poisonwood Bible" Barbary Kingsolver, rzecz dzieje się w latach 60-tych w Kongo. Niektóre obrazy powracają w rzeczywistości, tak jakby zostały bezpośrednio skopiowane z książki. I ta bezpośredniość. Bariery między ludźmi są w zupełnie innych miejscach niż w Europie; inne rzeczy, wartości wyznaczają w naszych umysłach granice co wolno a czego nie, co powiedzieć a co zachować dla siebie.
Bo czy pozwoliłby ktoś sobie na zagadnięcie dopiero co spotkanego znajomego: "Daj mi zegarek" albo "Czy wierzysz w Boga?". Słowa te padają często zaraz po podaniu sobie dłoni, wypowiedziane ot tak, z oczekiwaniem na odpowiedź.
Misjonarz w Kongo stawia sobie za cel, by w przepływającej obok misji rzeczce dokonać chrztu miejscowych. Przez pół roku zabiega o względy u wodza wioski, stara się przekupić ludzi żywnością, wykłada Słowo. Wszystko po to, by po sześciu miesiącach dowiedzieć się, że nigdy tego nie dokona, bo zanim przyjechał, przechodzącą obok rzeczki dziewczynkę, zjadł krokodyl. Nikt mu o tym nie powiedział przez pół roku.

Repelent

Park Narodowy Kakum. Właściwie nie jest to nawet dżungla, tylko kawałek tropikalnego lasu. Kawałek, gdyż lasu w Ghanie prawie nie ma. Owszem, są obszary na których rosną drzewa. Tylko drzewa. W prawdziwym tropikalnym lesie jest bowiem ogromne zróżnicowanie flory. Są poziomy. Na dole krzewy, rośliny, dalej większe drzewa. Wszystko pośród spowitych lianą pni wielkich drzew, w których konary, tam na górze można by same w sobie nazwać lasem. Takich lasów już prawie nie ma.
W Kakum ocalał kawałek. Między drzewami rozpięto kładki, tak aby turysta, którego stać na odpoczynek w Ghanie, mógł zobaczyć jak wygląda dżungla. Stać go też na meble, które kiedyś kupił, a których drewno odpłynęło kiedyś z Afryki.
Razem ze mną, do parku przyjechała grupka Niemców. Wyglądają jakby byli ekipą National Geographic - nowoczesne kamery, aparaty, lornetki. Odpowiednie obuwie, kamizelki i kapelusze. Gdy wysiedli z samochodu, przez kilka minut spryskiwali się olbrzymimi ilościami repelentu. Stworzyli wokół siebie kilkumetrową chmurę bezpieczeństwa.
Nie wiem jak pachnie las w Kakum, znam za to zapach niemieckiego repelentu.

7 listopad 2001

Z dziennika: "...w hotelu jest woda, ale kurde nie ma prądu."

Transport do Togo

PikapZ betonowego motor parku w Ho mummy-wagon odjeżdżał na wschód, w stronę granicy. Rozklekotany pikap mieścił na pace ponad dwadzieścia osób, w kabinie oprócz mnie siedział jeszcze jeden pasażer.
Pod nogami miałem dziury, rdza przeżarła podłogę, widziałem przesuwające się wertepy afrykańskiej tarki. Podróż przerywały częste postoje na uzupełnienie wody w chłodnicy. Kierowca sięgał wtedy pod kierownicę, gdzie rozplątywał trzy druciki, motor cichł. Gdy woda z bukłaka przelała się już pod korek chłodnicy, wsiadaliśmy do kabiny, drzwi zamykałem na zasuwkę, która zamykała niegdyś szafkę jakiegoś mebelka. Kierowca sięgał pod kierownicę i wyćwiczonym ruchem łączył z sobą trzy druty, przeskakiwała iskra i silnik znowu miarowo warkotał.
Dźwignia zmiany biegów pochodziła niewątpliwie z innego samochodu, pewnie z ciężarówki, była taka wielka. Mój sąsiad siedział na niej okrakiem, tak że wajcha sterczała mu pomiędzy nogami i gdy kierowca zmieniał bieg, biedak musiał się nieźle gimnastykować.
Tak przejechałem z Ghany do Togo. Granica w gęstym zielonym lesie zaznaczona była leżącymi w poprzek drogi kłodami drewna.

Togo

Śpiew w deszczu

Droga z Badou, przy granicy z Ghaną. Jadę okazją z Francuzami. Duży terenowy samochód z otwartym tyłem. Droga jest dobra, zanosi się na deszcz. Przy drodze stoi czterech mężczyzn, machają byśmy się zatrzymali.
Jedziemy dalej, czterej czarni jadą na pace smagani wiatrem. Śpiewają piosenki. Zaczyna padać deszcz, naciągają na głowy skrawki koszul, śpiew się wzmaga. Rytmiczną melodię zakłóca jedynie szum wycieraczek i chrzęst żwiru pod oponami. Mężczyźni śpiewają na kilka głosów, słychać w nim radość, życie. Ilekroć zaczyna padać mocniej lub gdy samochód przyśpiesza i krople deszczu są bardziej uciążliwe, kłują - radosne śpiewy narastają. Tak jakby pomagały przetrwać trud podróży. Afryka.

Doga do Lomé

Dojazd do stolicy Togo od północy drogą z Atakpame jest kiepski. Widziałem wprawdzie gorsze odcinki, takie jak chociażby Lodwar-Kitale w Kenii, ale tam ruch niewielki, prawie żaden.
Togo to kraj wrzynający się kilkudziesięcio kilometrowym pasem ponad pięćset kilometrów w kontynent afrykański. Siłą rzeczy, główne szlaki komunikacyjne jak kręgosłup prowadzą znad Zatoki Gwinei prosto na północ.
Jest noc. Wszyscy jadą na światłach drogowych, mijając nadjeżdżające z przeciwka pojazdy na chwilę traci się wzrok, przed oczami pozostają bowiem dwie jasne plamy zalewające całe pole widzenia. Samochód gwałtownie skręca w bok - naprzeciw wyrósł z mroku wózek wypełniony trzciną, kobieta z pakunkiem na głowie, jakieś zwierzę. Unikając wypadku wjeżdżamy kołem w wielką dziurę.
Kolejny samochód, kolejne białe plamy przed oczami i kolejne oczekiwanie na to, co wyrośnie się za chwilę przed autem. I czy zdąży się pojawić nim oślepione oczy przyzwyczają się na chwilę do ciemności.

Benin

Stacja benzynowa

Stacja paliwPoczątkowo myślałem, że to wino, jakiś trunek. Czerwonobrązowy płyn. Zdumiało mnie jednak, jak tego jest wiele. Wzdłuż drogi, drewniane stoły, stołki i stołeczki uginają się od ciężaru gąsiorów i wszelkiej maści butelek. Są ulice w Cotonou, gdzie kilkadziesiąt a może nawet setki sprzedawców oferuje podróżnym ów specyfik. Całe ulice.
W naczyniach nie jest jednak sprzedawany alkohol lecz przemycana z Nigerii benzyna. Jest tańsza niż na stacjach o 25 CFA. Widać to zresztą wyraźnie, gdyż drewniane stołki stoją czasem dwa kroki obok.

Ganvié

Jak wygląda jedna z największych atrakcji Beninu? Otóż jest to zbudowana na palach wieś. Nic nie byłoby w tym niezwykłego, gdyby nie fakt, że jej mieszkańcy zbudowali ją na środku jeziora.
Ganive Aby się doń dostać trzeba wynająć pirogę. Pomiędzy ceną, jaką za przejazd płaci turysta a ceną dla miejscowych jest przepaść. Nie ma targowania, trzeba płacić albo wynocha.
W końcu płynę. Mijamy pirogi rybaków. Na widok białego ożywiają się, wymachują siecią zachęcając do robienia zdjęć. Gdy mijam ich obojętnie - rzucają, ale nie sieć tylko stek obelg w miejscowym języku.
- Jesteśmy na miejscu - mówi sternik - chcesz zobaczyć targ? - Oczywiście, że chcę. Głupie pytanie.
- To musisz zapłacić!
- Za co? - pytam - przecież zapłaciłem za bilet, w kasie powiedziano mi, że to jest w cenie.
- Płacisz, czy nie? Bilet był tylko do tego miejsca. - Płacę, przecież przyjechałem aż tutaj i nie wrócę dla kilku groszy. Sternik załącza na chwilę motor i po dosłownie kilkudziesięciu metrach mówi:
- To tutaj. Chcesz zobaczyć cmentarz?
- Nie.
- Jak, to!? Cmentarz jest piękny, na palach, cudowny, będziesz mógł robić zdjęcia!
- Nie. Wracamy. Widziałem już dosyć.
- ?!
Po powrocie, sternik otwarcie wystąpił o napiwek. Wręczyłem mu 150 CFA.
- Tej monety to ja nigdzie nie wydam - nadąsał się wskazując na mocno sfatygowane 100 CFA.
- Nie chcesz jej? - odparłem - ten zaśmiał się potrząsając głową, po czym zwrócił mi monetę.
- Dobra - schowałem krążek do kieszeni. Więcej już się nie odezwał.

Ryzykowna jazda

W mieście najszybciej jeździ się motorkami. W Cotonou, od moto taxi jest żółto na ulicach a powietrze szare od spalin. Jednoślad jest szybszy od samochodu, może się przecisnąć tam, gdzie auto nie wjedzie. Na skrzyżowaniach samochody formują się w kolejkę a motorki przeciskają się do przodu, jadą z prawej, z lewej, chodnikami i środkiem. Na prostszych odcinkach pędzą na pełnej prędkości.
Poruszając się po Cotonou, nie myślałem, jakie to jest ryzykowne. Wystarczy moment nieuwagi...
Przedmieścia miasta. Coś się wydarzyło. Obok drogi tworzy się zbiegowisko. Podjeżdżam bliżej. Leżą na boku dwa motorki, większych uszkodzeń nie widać. Uczestnicy kolizji kłócą się po czyjej stronie leży wina. Jeden z nich stoi, twarz ocieka krwią. Na czarnej skórze Afrykanina nie widać krwi tak dobrze, jak u białych. Drugi poszkodowany wygląda na twarzy podobnie - głębsze rany odcinają się od skóry bielą. Ucierpiał jednak dużo poważniej - siedzi z rozprostowanymi nogami, jedna z nich jest złamana. Złamana to mało - dosłownie trzyma się na kawałku skóry, odseparowana od reszty ciała pod kątem prostym, jakby odcięta nożem w połowie łydki. Jak na filmach rysunkowych widać okrągły przekrój kości, czerwoną tkankę mięśniową i cienką warstewkę tłuszczu. Co robi ofiara wypadku? Nie doznaje szoku pourazowego, nie traci przytomności. Chwyta za amputowaną część nogi i na przemian przykładając ją do kikuta rozpaczliwie pokazuje, co mu się stało.

Niger

Na północ od rzeki

Przejeżdżając przez rzekę Niger w Malanville, mostem na granicy z Beninem wkracza się w Sahel - półpustynny, rozległy ugór rozciągający się na południe od Sahary od Senegalu do Czadu.
Sahel Niger, jedno z najbiedniejszych państw świata. Tego państwa prawie nie ma. Jest tylko rozległa połać piasku i trochę drzew na południu. Porównując do Polski, która ma około trzystu tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni, Niger jest cztery razy większy. Na takim obszarze są tylko dwie drogi - wzdłuż granicy na południu oraz kawałek prowadzący na północ do Arlit, gdzie znajdują się kopalnie uranu. Reszta to piaszczyste szlaki.
Walutą Nigru jest frank zachodnioafrykański. Waluta świadczy o tym, czy państwo jest ekonomicznie silne. Ale co powiedzieć o państwie, w którym na północy można płacić dinarem Algierii, na południu Naira Nigerii, wszędzie frankami francuskimi i gdzieniegdzie frankami środkowoafrykańskimi? Benzyny państwowej nikt nie kupuje bo tańsza jest przemycana z Nigerii.
Deszcze padają w Nigrze raz w roku, przez pozostały czas jest susza. Gdy pada, z nieba leją się hektolitry wody, wszystko znajduje się pod wodą, żywioł zmywa to co zasiano, więc nikt niczego nie uprawia, bo i tak pójdzie to na marne. Jest głód.

Kozy

Nie wiadomo, kto wprowadził te zwierzęta na kontynent afrykański. Miało to być zbawienie dla głodującej Afryki. Kozy są wytrzymałymi zwierzętami, przeżyją tam, gdzie nie poradzą sobie owce, nie imają się ich choroby, mogą dłużej przeżyć bez jedzenia i wody.
Kozy jedzą wszystko. Tam gdzie owce skubną tylko wierzchołek byliny, koza zeżre wszystko, wyciągnie korzeń, ogryzie korę, zje krzak, drzewko, kawałek papieru.
Kóz jest za dużo. Rosnąca populacja najuboższej części Afryki żywi się w dużej mierze kozim mięsem. Stada kóz pasą się w miastach, na przedmieściach, śmietnikach. Pasą się też na resztkach półpustynnej wegetacji, skutecznie ją niszcząc. Kozy wygryzają zębami resztki życia, hamujące piaski Sahary przed ekspansją. W efekcie granica Sahary przesuwa się na południe, pustynia wsypuje się tam, gdzie kilka lat temu było jeszcze życie.
Spotkałem Belga, którego przyjaciel od ośmiu lat pracuje nad wyhodowaniem takiej krzyżówki zwierzęcia, które będzie wytrzymałe jak koza i jednocześnie jadło jak owca.

Stosik zapałek

Spotkałem człowieka, który buduje w Nigrze szpitale. Opowiedział mi o handlu zapałkami.
Otóż w małej wiosce mieszka człowiek, który sprzedaje zapałki - raz na jakiś czas dostaje z miasta kilka pudełek. Po drugiej stronie ulicy mieszka drugi człowiek, który kupuje od niego regularnie jedną paczkę, po czym dzieli je na stosiki po trzy zapałki i sprzedaje detalicznie.
Gdy temu pierwszemu towar się kończy, idzie przez ulicę do kolegi i kupuje tyle stosików z trzema zapałkami, by wypełnić swoje pudełeczko.

Afrykańczyk w kuckach

Dzienny cykl życia na wsi. Wstać. Znaleźć wodę. Pójść poszukać opału. Znaleźć jedzenie. Przedrzemać lejący się z nieba skwar. Rozpalić ognisko. Zjeść. Spać.
Kucki Czemu nie zająć się ziemią? Metr pod jej powierzchnią, nawet spory kawałek od wielkiej rzeki jest woda - można posadzić warzywa, owoce. Czemu nie okopać upraw pryzmami, tak by ulewa nie zmyła plonów, by zatrzymać życiodajną wodę, by nie spłynęła bezużytecznie zabierając wszystko ze sobą?
Ale co Europejczyk wie o Afryce? Przyjechał tu nie tak dawno, a my tu jesteśmy od wieków. Mój ojciec tak żył, tak żyli dziadowie i pradziadowie - mówisz, że nie byli mądrzy? A co ty wiesz o tej ziemi?
I znowu usiadł w kucki, w cieniu szałasu, bo w środku za gorąco. Zaraz trzeba poszukać chrustu na opał.

Samotne podróżowanie, część 1

Jedziesz sam? Z Nigru do Czadu? Odważny z ciebie człowiek, ja bym nigdy tak nie pojechał, to szaleństwo, narażanie życia. Opowiem ci historię mojego przyjaciela.
Tutaj niedaleko - odwiedzimy go zresztą po drodze - mieszka mój przyjaciel. Od lat mieszka w Nigrze, nie chce wracać do Europy. Parę lat temu odwiedził go brat, przyjechał na urodziny. Impreza urodzinowa, dowcipy, piwo, śmiech. W pewnym momencie Jean (bo tak brat miał na imię) mówi - Nie czuje rąk - wszyscy potraktowali to jako żart. Nie minęło kilkanaście sekund, gdy rzekł - Nie czuję nóg - Jako, że minę miał bladą, reszta kompanii próbowała go odwieść od głupich żartów, ale ten wkrótce zaczął bełkotać i całkowicie stracił władzę nad ciałem. Natychmiast przetransportowaliśmy go do Niamey, skąd samolotem wrócił do Europy. Ale nic to nie zmieniło, uratowaliśmy mu co prawda życie, ale do tej pory jest sparaliżowany. Rok później wrócił do Nigru, stąd to przywlókł i tutaj chciał znaleźć lekarstwo, jeździł z ekipą po różnych wioskach i szamanach, ale nic to nie dało. Ja bym sam do Czadu nie jechał.

Samotne podróżowanie, część 2

W Dosso wpadliśmy do brata Jeana. Nie wyglądał najlepiej. Cały w kroplach potu, roztrzęsione ręce - malaria. Otworzyliśmy butelki Bier Niger, pierwsza oznaka zmiany klimatu - choćby butelka była nie wiem jak zimna, jest sucha, nic się na niej nie skropli. Jedziesz sam? Z Nigru do Czadu? Odważny z ciebie człowiek. Pamiętaj, nigdy nie jesteś sam, zawsze są obok ciebie ludzie. Dobrzy ludzie.

Gdzie się zaczyna Sahara?

Wyjeżdżam z Niamey na północ. Czuję w powietrzu pustynię. Powietrze jest suche, wyschnięte kartki papieru szeleszczą w rękach. Coś jest w pustyni, co ciągnie mnie do niej jak magnez. Może to jej bezwzględność wobec człowieka, może piękno ciepłych barw o zachodzie słońca - nie wiem.
Cienka, postrzępiona nitka asfaltu ciągnie się prosto, wbijając się w horyzont. Rozgrzane, falujące powietrze zalewa drogę niczym kałuże. Czasem na horyzoncie, gdzieś z boku pod wpływem tego samego zjawiska rozlewa się nagle całe jezioro, które w następnej minucie okazuje się złudnym mirażem.
Gdzie zaczyna się Sahara a kończy Sahel? Gdzie nie ma już wegetacji, a jest tylko piach i skała w całej swej gamie żółci i czerwieni? Nie ma takiej granicy. A właściwie jest ona rozsmarowana na mapie na przestrzeni setek kilometrów. Stopniowo. Dopiero jakieś sto kilometrów przed Agadez nie ma już nic. Nie ma żadnych krzaków ani wyżółkłej trawy. Sahara.

Wadata Autogare, Niamey

Gorący poranek. Na niebie nie ma ani jednej chmurki, czasami tylko wieczorami pojawiają się cienkie, rozmazane ręką impresjonisty obłoczki.
Czekam na transport do Agadez. Może w południe coś będzie jechało, a może pod wieczór. Nie wiadomo. Jak nie znajdzie się więcej pasażerów to może będzie trzeba poczekać do jutra...
Dworzec autobusowy, a właściwie miejsce skąd odjeżdżają samochody (bo jedynymi budynkami są tutaj budy sprzedawców), tętni życiem. Wszędzie w Afryce, gdzie przewijają się ludzie, są też handlarze. Są więc na ulicach, kilku stoi na skrzyżowaniach, najwięcej właśnie w takich miejscach jak te. Wydaje się, że jest ich więcej niż pasażerów. Utkwieni wzrokiem przy ziemi pucybuci, pobrzękujący szczypcami obcinacze paznokci, sprzedawcy wody w woreczkach wprost z taczki, chodząca apteka z metrowej wysokości wystawą medykamentów na głowie, ktoś z pękiem anten do radyjek, kto inny pcha wózek z setką butów. Pośród tego żebracy, bez kończyn, zdeformowani trądem, dzieci prowadzące oślepłe matki. Przyjechał też znachor z Nigerii, rozstawił na dachu zardzewiałego auta megafon, coś krzyczy, pokazuje zamknięte w skrzynkach węże i jaszczury.
Zza winkla wyłaniają się dwie postaci. Wystają ponad tłum co najmniej o głowę. Spowici w białe chałaty. Twarze zasłonięte turbanem, resztę skrywają ciemne okulary. Idą powoli, nie mogę uwolnić od nich wzroku. Przez plecy przepasane mają dwa wielkie miecze. Idąc, wszyscy ustępują im drogi. Miałem wrażenie, że gdyby ktoś tylko wykonał w ich kierunku nieodpowiedni gest, jednym ruchem ręki wydobyliby miecza i zataczając w powietrzu krąg ścięliby głowę. To byli Tauredzy.

Jedna podróż minibusem

MinibusJuż na początku, gdy wsiadłem, spotkała mnie niespodzianka. Siedziałem z przodu obok kobiety, która oddzielała mnie od kierowcy. Kobieta trzymała na kolanach Murzyniątko i gdy tylko temu chciało się siusiu, to robiło je wprost na moje buty. Zasikana bielizna schła przede mną na parapecie.
Gdy przesiadłem się do drugiego rzędu, moje miejsce zajął Arab, a co ważniejsze - muzułmanin. Był ramadan, więc ten jako zagorzały wyznawca Islamu nie ważył się przełykać nawet śliny i nieustannie pluł przez okno. Pęd powietrza wracał połowę tego z powrotem do samochodu - doceniłem wtedy okulary przeciwsłoneczne.

Anthony

Spotkałem go w Agadez, mieszkał naprzeciw mnie. Za dnia zbierał informacje dla przewodnika Lonely Planet, ja szukałem kompanów do wyprawy w góry Air; popołudniami siedział w cieniu na wysypanym żwirem dziedzińcu sporządzając notatki. Wieczorem, przy piwie rozmawialiśmy o Afryce, Kapuścińskim, muchach i o życiu.
Anthony pracuje nad aktualizacją jednego z przewodników ale jego marzeniem jest dokończyć projekt, który został zawieszony przez biuro w Paryżu po wrześniowym ataku na World Trade Center. Miały to być dwie nowe książki - Sahara i Horn of Africa (Dżibuti, Jemen, Etiopia, Sudan).
Wspominając Kair, zapytał, gdzie zatrzymałem się tam dwa lata temu. Sultan, przy Midan Orabi. It's good to know, these places are still there.

Dwaj goście

ZmrokRozpalone zachodzącym słońcem skały gór Air powoli zaczynały przygasać. Żółcie przeszły w pomarańcze, czerwienie, brązy. Tuż przed zachodem słońca, na dziewiczym niebie pojawiło się kilka bladych obłoczków - cienki, przezroczysty woal rozciągnięty na horyzoncie. Wkrótce przyszła noc i cisza, przez chwilę słychać było jeszcze gdzieś z oddali porykiwania osłów. Zmrok zapadł ot tak, nagle, zanim człowiek zdążył się nasycić grą barw otaczających skał i pastelowym niebem. Teraz wzrok przyciągały miliardy gwiazd, które nie wiadomo kiedy wyspało na nieboskłonie. Niebo trochę inne niż w Polsce, nieznajome i gęste od gwiazd. Tak jakby droga mleczna miała w Afryce szerokość autostrady, a właściwie pustynnego szlaku - bez wyraźnych granic.
Ognisko już przygasało, gdy z ciemności wyłoniła się sylwetka jeźdźca na wielbłądzie. Nieznajomy wydał komendę i zwierzę przykucnęło, pozwalając mu postawić stopę na piasku. Blask dogorywających ogarków wydobył z przykucniętej sylwetki ciemną twarz Taurega, na plecach miał przepasany pokaźnych rozmiarów miecz. Długi szereg powitań herbata i gość odjechał tonąc w ciemnościach.

Kwadrans później, leżeliśmy już na matach w oczekiwaniu na sen. Kompletna cisza. Gdyby obok przechodził żuczek, usłyszałbym, jak przesuwa się pod jego nogami piasek. Ale to nie był żuczek. Usłyszałem, że coś się zbliża. Wyraźne "tup, tup, tup...", zatrzymało się. Wytężam wzrok, mata leży bezpośrednio na piasku, z tego poziomu widzę tylko niewyraźny zarys horyzontu i gwiazdy. Zwierzę jest blisko, bardzo blisko, jakiś metr, dwa ode mnie. Zatrzymało się, grzebie w piasku, coś znalazło - "chrup, chrup, chrup", to pewnie resztki kostek z ogniska. Co robić? Wstać? Pod ręką mam latarkę, może zaświecić mu w oczy? Ale z tego poziomu, jak się przestraszy i na mnie skoczy nie mam szans - jeszcze mi wydrapie oczy. Leżę więc, nasłuchując zgrzytania zębów. Prawdopodobnie to był szakal.

Perła

Do Zinder przyjechałem po nocnym przejeździe na ciężarówce z Agadez. Jazda była wyczerpująca, więc gdy tylko pojazd się zatrzymał uwalniając pierwszych pasażerów, wyskoczyłem wprost na motorek kierując się do hotelu. Potrzebowałem łóżka i bieżącej wody.
Krótka jazda przez miasto i już jestem u celu. Kierowca przyjął dwie monety po 100 franków i jął tłumaczyć się, że nie ma jak wydać reszty. Trudno, pieniądze to niewielkie a do hotelu dwa kroki.
Wypoczęty drzemką, wyruszyłem na bazar. Właśnie zapadł zmrok i wygłodniali muzułmanie masowo zaspokajają głód. Jest ramadan. Mały bazar tętni życiem, radość z posiłku po całym dniu postu unosi się w powietrzu wraz z aromatem parzonej herbaty, dymem węgla drzewnego i przepalonego oleju. Gawiedź rozświetlają paleniska i lampy naftowe.
Choć Zinder leży na skraju pustyni w jednym z najbiedniejszych zakątków świata, jest w czym wybierać. Omlety, racuchy, zawijańce z kozimi wnętrznościami, szaszłyki, smażona szarańcza. Chcę spróbować wszystkiego, kupuję małe porcje płacąc 25-50 franków, idę dalej, kolejne palenisko, tym razem zawinięte w liście mięso. Ktoś mnie klepie po ramieniu, to sprzedawca szarańczy znalazł mnie by wydać parę franków reszty. Piję herbatę, gdy jakieś dzieciaki przynoszą mi dziesięciofrankową monetę, resztę od sprzedawcy szaszłyków.
Wracam z pełnym brzuchem do hotelu. W drzwiach wita mnie doglądający interesu portier - "Masz tu 50 franków reszty od kierowcy motorku".
Odkąd zacząłem podróżować, jest to pierwsze miejsce na świecie, gdzie taksówkarz szukał mnie, by wydać resztę.

Mercedesem przez Saharę

Poranne gare routiere w Agadez, od wczoraj zaczął wiać harmattan. Kawałki czarnych, plastikowych worków tańczą postrzępione na pustym placu. Nieliczni podróżni zasłaniają twarze, chowają się po zawietrznej stronie cielsk ciężarówek.
Mersedes Siedzę oparty o oponę wielkiego Mercedesa, rozmawiam z czekającym ze mną na transport mężczyzną o życiu, pustyni, Afryce. Opieram głowę o oponę, zasypiam, otwieram oko. Letarg. Ciężarówka jest, stoi obok ale nie pojedzie, dopóki nie nazbiera się wystarczająca liczba pasażerów. O której odjedzie? Nie wiadomo. To pytanie nie ma tutaj najmniejszego sensu. Jak zapytasz to odpowiedzą, że w południe. Ale w południe będzie to już o zmroku. Ja tu siedzę od wczoraj, mówię ci, pojedziemy jutro.
Po południu coś się rusza, ożywia. Podróżni zwijają maty, ładują worki, kosze, rowery, kozy do środka. Ludzi jest tak dużo, że mam wątpliwości, czy wszyscy się zmieścimy. Skąd ich tylu? Wypełzli spod ciężarówek, daszków, przyjechali na rowerach. Mój plecak gdzieś zginął, utonął w powodzi ludzkich stóp i dobytku. Widzę tylko jego kieszeń co chwila deptaną bosą stopą, butem, ktoś skoczył, usiadł, położył się. Ruszamy.
Nie ujechaliśmy kilometra. Pierwszy przystanek na skraju Agadez - kontrola policji, służb celnych, żandarmów. Czego szukają? Siedzę na wielkim worku wypchanym tysiącem plastikowych klapek, każdy inny, żaden nie do pary i nie warty grosza - porwany, dziurawy, wytarty. Kontrole trwają dwie godziny, przy okazji na ciężarówkę załadowano kilka taczek ciężkich, metalowych części ze zużytych samochodów. Siedzą teraz częściowo na czymś co przypomina fragment wału korbowego a częściowo na worku z cebulą. Plecak utonął gdzieś pod spodem, nie wiem gdzie, znajdę go w Zinder.
Do Zinder przez pustynię jest czterysta pięćdziesiąt kilometrów. Stalowa burta zasłania widoki, warkocze silnik, trochę trzęsie. Nie ma szans na zmianę pozycji, rzut oka na drogę. Jest za ciasno na jakikolwiek manewr. Obok mnie siedzi w kucki siedmiu kolesi, jak jakiś modlitewny krąg. Na nogi mamy skrawek wielkości krowiego placka a jest nas ośmiu. Moje stopy są na dole a na nich sześć par murzyńskich stóp. Wolności jest tyle, co by poruszyć palcami w bucie. Liczę ludzi, ale widzę tylko część podróżnych. Z tej perspektywy drugi koniec ciężarówki to inny świat, inni ludzie, inne problemy. Może jest nas pięćdziesiąt, może sto?
Mróz. Nigdy nie sądziłem, że będę marzł na kość pośrodku Afryki. Modlę się, by samochód się zatrzymał, zepsuł, strzeliła opona albo ugrzązł w wydmie. Wiatr przenika i gryzie bez litości. Mam na sobie koszulę i sweter. Cały się trzęsę. Znalazł się jakiś koc, zakryliśmy całą naszą siódemkę niczym namiotem - efekt prawie żaden. Naprzeciw mnie siedzi półnagi wyrostek i zgrzyta zębami.
O wschodzie słońca dojechaliśmy do Tanout, tutaj zaczyna się asfalt, tutaj zaczyna się życie. Ciężarówka często się zatrzymuje uwalniając w wioskach kolejnych pasażerów. Jest luźniej, można wstać, wyjrzeć na zewnątrz. Spójrz na tą ziemię - słyszę jak ktoś do mnie mówi - zobacz, wszystko co posadziliśmy, wyschło.
Upał leje się z nieba i nie chce wyciec ze szczelnej paki ciężarówki. Jeszcze niedawno zaklinałem ją, by stanęła, teraz pragnę by jechała szybciej. Gwałtowne hamowanie. Co się dzieje? Wstaję z innymi ciekawskimi gapiami zobaczyć dlaczego stoimy. Z szoferki wyskoczył kierowca, podążając nieśpiesznie w kierunku przydrożnego sprzedawcy. Ten zabił właśnie kozę, właśnie ją obdziera ze skóry, patroszy, ćwiartuje. Gdyby było zimno, widać by było jak parują jej jeszcze trzewia, a tak widać jedynie stada much. Kierowca dobija targu, spokojnie wraca za kierownicę. Trwało to niespełna godzinę. Godzinę, podczas której kilkadziesiąt osób smażyło się mu z tyłu na stercie klapek, złomu, z kozami i cebulą.

Niewolnicy XXI wieku

SlaveOaza w górach Air. Obserwuję robotników obrabiających ziemię. Suchy, pylisty grunt dźgany prymitywnymi narzędziami. Dzieci, najwyżej kilkanaście lat. Jednocześnie nie wyglądają na mieszkańców okolicznych gór i północy Nigru, są to południowcy, skąd się wzięli? Od razu przeszła mi przez głowę myśl o współczesnych niewolnikach.
Kanał informacyjny biura Narodów Zjednoczonych do spraw humanitarnych podaje, że w Nigrze, głównymi ciemiężycielami i właścicielami niewolników są właśnie Tauredzy. Niewolnictwo istnieje zarówno na północy, jak i w stolicy - Niamey. Sprawa nie jest też tak klarowna jak się wydaje, gdyż są zarówno przypadki gwałtów, bicia i znęcania jak również takie, w których zniewoleni ludzie nie widzą innego świata i za cenę dachu nad głową i niewielkich pieniędzy nie chcą opuścić swego pana. Szacuje się, że w Nigrze jest około 20 tysięcy niewolników.

Czad

Pikap do Czadu

O której odjedzie? Mówią, że jutro o dziewiątej. O dziewiątej mówią, że o jedenastej, więc nie pytam już więcej, to bez znaczenia. Kolejny dzień na macie przy drodze.
Toyota Stąd do Ndżameny jedzie się przez pustynię tydzień. W linii prostej jest to jakieś trzysta kilometrów, ale trzeba nadłożyć drogi okrążając jezioro Czad a poza tym nie ma drogi, jest tylko ślad na piachu po poprzednim pikapie, sprzed tygodnia.
Siedzę w tylnej części paki tyłem do kierunku jazdy. Przez ciemne okulary obserwuję monotonny, pustynny krajobraz. Okulary pozwalają wyjrzeć poza zwoje turbana - pył wdziera się wszędzie i wkrótce wszyscy wyglądamy podobnie, zakurzeni, z piaskiem we włosach, na twarzy, między zębami.
Stara terenowa Toyota na czadyjskich numerach wiezie na pace około dwudziestu pasażerów. Pod nami skrzętnie poukładane sterty bagażu - worki, skrzynie, beczki. Każdy ma swoje kilka centymetrów do siedzenia i jakieś miejsce do chwytu - samochód jedzie bowiem dosyć szybko i łatwo u upadek. Moje miejsce jest na dużej plastikowej beczce przymocowanej do tylnej burty, pod beczką nie ma nic. Jest mi stosunkowo wygodnie, trzymam się grubych lin wiążących cały ładunek. Gdyby nie ten pył.
Z lewej strony, mężczyzna przycupnięty na walizce. Pod walizką nie ma nic, trzyma się przywiązana linką do burty. Mężczyzna siedzi milczący, przycupnięty jak ptaszek. Dwa razy spadał. Była noc, może zasnął? Raz upadek zamortyzował krzak, za drugim razem miękki piasek. Toyota się zatrzymuje, mężczyzna bez słowa wskakuje na walizkę, jedziemy dalej.

Posterunek w Nokou

Kończy się dzień. Nie będzie już dziś transportu do Mao.
Nokou Komisariat znajduje się mniej więcej w środku Nokou, wychodząc z jego bramy staję na piaszczystym placu, wokół gliniane zabudowania, za nimi jak okiem sięgnąć - pustynia. Nokou leży w niewielkiej niecce. Nie ma gdzie pójść bo bazar niemrawy, jest ramadan i ludzie siedzą gdzieś poukrywani, w cieniu.
Jeden z żandarmów, najstarszy rangą poprosił mnie do siebie. W niewielkiej izbie znajdowało się biurko, na nim wielkie radio, na ścianie portret prezydenta Idrisa Deby. Gdzie jadę? Po co? Na jak długo? Gdzie pracuję? Szereg pytań był tylko wstępem do zasadniczego pytania:
- Dwanaście tysięcy!
Szybko kwota stopniała do dziesięciu tysięcy, pięciu, trzech, tysiąca. W końcu żandarm zażądał bym dał mu cokolwiek, jakiś suwenir. Nic dla niego nie miałem. Poprosił o długopis, ale był to jedyny jaki mam, więc nie chciałem się z nim rozstać.

Znowu wychodzę z budynku. W oddali słychać warkot silnika, powoli ale miarowo staje się coraz bardziej wyrazisty. To ciężarówka z Mao. Jutro być może będzie wracać, tymczasem pojechała dalej. W Nokou nie ma samochodów, nie ma dróg, tylko piasek.
Żandarmi podejmują kolejną próbę. Tym razem rozmawiam z kimś starszym rangą, w cywilu. Siedzę na drewnianej ławie jak na przesłuchaniu. Inna izba, podobny wystrój. Przede mną, za stołem ukrywa się policjant. Ukrywa się, gdyż prawie go nie widać - głowa owinięta jest białym turbanem a oczy kryją się za ciemnymi okularami a'la Rambo. W ustach papieros, w ręku mój paszport.
Na stole leży karabin a zamiast wazonika z kwiatkiem i zdjęcia żony stoją poustawiane na sztorc pociski. Duże, mniejsze, z ostrym czubkiem i kulistym. Najmniejszy ma piętnaście centymetrów wysokości.
Stawką w tej grze jest pięć tysięcy franków środkowoafrykańskich za stempel w paszporcie. Próbuję nawiązać negocjacje, nie chcę płacić, kończą mi się franki i jak tak dalej pójdzie, nie będę miał za co dojechać do Ndżameny. Nie jest jednak łatwo, zszedłem z ceną do tysiąca a dalej jest już trudno negocjować, policjant krzyczy, wymachuje moim paszportem a ja patrzę na karabin. W końcu płacę.

Jest już ciemno. Zewsząd słychać płacz dzieci, skąd ich tutaj tyle? Policjant, który jeszcze niedawno siedział po drugiej stronie biurka rozmawia ze mną o życiu, jakbym rozmawiał z innym człowiekiem. Ktoś podchodzi, prosi mnie do siebie.
Kolejne biurko. Znowu ktoś spisuje dane z paszportu. Znowu pada zarzut, że paszport jest nieważny. Kolejne minuty upływają na dokładnym oglądaniu stempelków i tłumaczeniu się skąd je mam.
Klaśnięcie zamkniętym dokumentem o wnętrze dłoni, jakby ktoś chciał zabić siedzącą tam muchę znaczy drugi etap spotkania.
- Musisz zapłacić!
Ile? Pięć tysięcy. Udaję, że nie rozumiem, potem powołuję się na rzekomą rozmowę z ambasadorem w Niamey, mówię że nie mam tyle pieniędzy. Nic nie skutkuje. Udaje mi się tylko trochę zbić cenę. Proszę o oficjalny rachunek, mówię, że zapytam w Ndżamenie, czy to jest legalne. Wkrótce mam w ręku podpisany kwit, na odwrocie są zapisane jeszcze kolejne etapy negocjacji (nie znam francuskich liczebników) - pięć tysięcy, cztery, trzy i pół. Stanęło na tysiącu i pół. Daję pięć tysięcy bo nie mam drobnych i dostaję paszport z powrotem. Za pół godziny ktoś przynosi mi dokładnie odliczoną resztę. Stwierdzam, że ktoś mi ukradł latarkę.
Znowu ci sami ludzie chcą ode mnie pieniędzy, tym razem za to, że spędziłem u nich na posterunku dwa dni. Dużo, aż dziesięć tysięcy za rozłożoną pod daszkiem matę. Chcą mi zabrać paszport, ale ja wiem, że nie jest już im do niczego potrzebny więc go nie dostają. Gdzieś sobie poszli, tonąc w ciemnościach.
W oddali słychać warkot. Ciężarówka! Wracam chyłkiem na posterunek po plecak. Oglądam się za siebie - nikogo nie ma. Jacyś ludzie pomogli mi znaleźć cielsko wielkiego towarowego mercedesa, wdrapałem się na dach i czekam, wydaje mi się że godzinę. W końcu odjeżdżamy, Nokou zostaje za plecami. Szczęśliwy zginam rękę w łokciu na pożegnanie. Au revoir!

Muchy

Już drugi dzień czekania. Dzień zaczyna się ze zmrokiem, gdyż słońce przygniata wszystko do ziemi. O zmroku mężczyźni siadają w grupkach, zapalają się ogniki lamp naftowych, coś się dzieje. Za dnia słońce unieruchamia wszystko oprócz much.
Spędziłem dwa dni na obserwacji tych owadów. Z pozoru zwykłe polskie muchy, może nieznacznie mniejsze. Ale jakie uparte, jakie natarczywe a przy tym pozbawione lęku, instynktu samo zachowania. Nie pomaga bowiem wymachiwanie ręką by je przepłoszyć, prędzej ręka spuchnie niż mucha odleci. Gdy siądzie na oku, trzeba ją zdjąć palcami bo inaczej nie odleci.
Siedzę więc już drugi dzień i jest mi wszystko jedno, razem ze mną setka much. Znowu przydały się okulary przeciwsłoneczne, przynajmniej oczy mam zakryte. Muchy siedzą na rękach, spodniach na które wylał mi się wczoraj cały olej z konserwy, twarzy. Podnoszę dłoń tylko wtedy, gdy wchodzą mi do nosa, uszu, ust.

Żegluga przez Saharę

Jest już późna noc, gdy ciężarowy Mercedes wyrusza na pustynię. Na pokładzie dziesięciu pasażerów. Siedzimy wysoko, pod gwiazdami. Pod miliardem gwiazd obcego dla mnie nieba. Samochód wiezie duży ładunek. Co to jest - nie wiem, całość przykryta jest brezentem. Jest tego tyle, że aby wejść na górę trzeba najpierw wspiąć się na szoferkę, jakieś pięć metrów od ziemi.
Leżę na plecach, przykryty jakimś kocem. Ciężarówka powoli pokonuje kolejne wzniesienia, jak fale. Miarowy warkot motoru jest cichy, oddalony. Tylko gdy mijamy jakiś krzak słychać go wyraźniej, odbity. Tutaj niebo wydaje się bliższe niż ziemia. Leżąc tak na szczycie wielkiej ciężarówki mógłbym jechać na koniec świata. Ale ja jestem przecież prawie na końcu świata. I jestem szczęśliwy.

Parada

Pierwszy grudnia, święto narodowe Czadu. Place de la Libération w centrum Ndżameny został zakorkowany przez paradę wojskową. Żeby ją obejść, trzeba nadłożyć prawie kilometr okrążając bocznymi uliczkami Fort Lamy. Można by przejść drugą stroną, obok pałacu prezydenta, ale tam strzelają bez ostrzeżenia. Ktoś mi opowiadał historię, jak kula zrobiła dziurę w masce samochodu, więcej tamtędy nie jeździ. Sznurek przechodniów pokornie przeskakuje więc nad rynsztokami wokół fortu.
Zatrzymuję się popatrzeć. Nudna wojskowa parada. Orkiestra, sztywne sylwetki żołnierzy w szeregach, na jednym z boków placu ustawiono dużą trybunę, jest prawie pusta, tylko w jednym miejscu siedzi kilkanaście osób w garniturach, większość czarnych, może wśród nich jest sam prezydent Deby? Za trybuną dostrzegam rząd czarnych limuzyn, podchodzę bliżej. W klimatyzowanych autach za zamkniętymi szybami śpią zaproszeni goście. Ambasador Francji, Libii, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii. Prezydentowi się nie odmawia.

Ramadan

MinaretMiasto przed zmrokiem zamiera. Ulice pustoszeją, nie słychać klaksonów, powłóczących stóp ani nawoływań. Gdzieniegdzie przemykają tylko postaci z niewielkimi zwitkami w czarnych reklamówkach. Rzut oka w boczną uliczkę. Poszarpany szpaler mężczyzn w milczeniu oddaje pokłony w stronę Mekki. To samo w kolejnej uliczce.
O siedemnastej wszystko zastyga. Upływają kolejne minuty zanim czerwona tarcza słońca nie schowa się za horyzontem. Mężczyźni, w grupkach otwierają czarne zawiniątka. W środku jest jedzenie.
Stopniowo wraca życie, coraz więcej postaci zaludnia zakurzone ulice. Ktoś biegnie, żebracy wychodzą z zaułków licząc na jałmużnę. W przeciągu kwadransa miasto odmienia się jak w kalejdoskopie. Ulice tętnią życiem, nagle można kupić u przekupniów ciastka, owoce, napić się. Jakaż w tych ludziach radość, wszyscy uśmiechnięci, trzymają się za ręce.
Wielki meczet zaludnia się wiernymi, muezzin nawołuje przez megafony na wszystkie strony świata. Później oddaje głos imamowi, długo go jeszcze będzie słychać pośród nocy.

Przepis na koktajl

- wypłukać mętną wodą mikser, popłuczyny wylać na ulicę;
- obrać dwa cętkowane banany, wrzucić do miksera;
- mikser zalać do połowy wodą z kubła;
- dodać łyżkę mleka w proszku;
- dodać dwie łyżki cukru;
- włożyć bryłę lodu do worka, położyć na ulicy i tłuc drewnianą pałą;
- wyjąć z worka dwie garści lodu, wrzucić do miksera;
- miksować przez chwilę
- wypłukać mętną wodą kubek i przelać zawartość miksera do środka;
Smacznego!

Paryż

Samolot Air France przebija się przez chmury na lotnisko Charles de Gaulle. Jeszcze kilka godzin temu szedłem z plecakiem pod afrykańskim niebem ulicą o tym samym imieniu. Gęsta czapa chmur dotyka mżawką powierzchni ziemi. Jest dopiero szósta rano, może się rozwidni?
Mijają godziny i nadal jest ciemno. Gdzie jest te błękitne niebo, nieskażone żadną chmurką? Jest zimno, nakładam kurtkę.
Paryskim metrem przemykam pod ziemią jak szczur. Na stacji Gare du Nord pełno żebraków, cwaniaków i kieszonkowców, nie czuję się bezpiecznie. Tam skąd wracam było bezpieczniej, było cieplej i było słońce, a tutaj już południe i nadal zmrok.
Zaczyna padać.
<<< Wstęp
Informacje >>>